— Co pan myśli o tym? Francuzi, panie poruczniku! — mówi Andrzej powstając.
I naraz, znad koty 405, wystrzela szarym niebem jasna smuga rakiety: fajerwerk. Przekreśla niebo i rozpływa się we mgle. „Ta mgła, jaka będzie dobra dla odwrotu — myśli Andrzej. — Odwrotu?...”. Wzniesienie już nie jest obce, nieżyczliwie obce, wrogie. Ziemia, do której tak się szczelnie przywarło, która otwierała ciałom swe rozpadliny i wklęsłości, gdy ma się ją opuścić, jest na moment dobrze znana, ciepła.
Druga rakieta podnosi się pod niebo, wysoko, wysoko.
— Idziecie za panem podchorążym; pokaże, którędy. Ja na końcu — mówi porucznik.
W dwóch skokach przebyta łąka. Czy Niemcy widzą? Dlaczego, jeśli widzą, nie strzelają? Mgła, tak; ale jeszcze strach przed odkryciem moździerzom z koty swych stanowisk. Kilka kul luźnych prześwistuje powietrze i zapada gdzieś w krzaki; jakaś gałązka się zachwiała. Żołnierze, ośmieleni brakiem strzałów, jeden po drugim przesadzają łączkę.
Kotlinka.
Już pewniej, pewniej. Jakże znajoma droga! Ten trup przewalony na bok z brzuchem rozprutym; jeszcze zsiniał od rana. Głaz tamten z rysami od kul. Tamten śnieg; nie tędy. Jeszcze kilkanaście strzałów przeszeleści górą. Moździerze nad ich głowami przerzucają z furkotem pociski. Puszcza strzelców przodem. Porucznik? Porucznik wychodzi na końcu. Ten jest wycieńczony najbardziej. Koniec.
*
Jest noc biała na tle tej doliny, co idzie od fiordu, o dwa kilometry od koty 405, pierwszych linii, tamtego wszystkiego. W lesie gotuje się gulasz żołnierski. Szesnastu ludzi pije i je. Kucharze, łajzy kancelaryjne, trepy80 wszelakie i ważniaki kompanijne, wszystko to jakieś usłużne i przymilne wokoło owej szesnastki. Tamci siedli na balach przytaszczonych tu kiedyś pod budowę domu i milczą. Whisky, przywiezione z kantyny angielskiej, swoje przecież robi. Przyjechał Stecki od swoich cekaemów.
— Mieliśmy was za straconych — powiada. — A co z waszą pozycją?