— Nie rozumiecie, po cośmy się tam bili?

Michałek patrzy w oczy podchorążego szczerze, prosto.

I odpowiada opornie:

— Nie, panie podchorąży. To wiem, żeśmy tam weszli, ludzi natracili i musieli iść precz.

— Wolskiego podchorążego szkoda — dodaje od strony Fortuna.

— I kaprala Majewskiego...

— I tamtych poranionych...

— Kettlera, Sytego, Wiczewskiego...

— Kubickiego, Kukurutza...

I nazwiska te są jak bale: słabnącego zewsząd podparły.