— Jak już było iść — powiada Michałek — to z większą siłą. A nie, to lepiej nie wychylać głowy z komory...
— I nikt z was nie wie, po cośmy poszli i czemuśmy mogli potem wrócić?
Jednym zwrotem rozmowa, zaczęta jak oskarżenie, wpada w egzamin. Jaki? Z czego? Ale wszyscy odczuli ten zwrot jak zakręt nagły. Ciekawość.
— Nikt?
Nie odpowiada nikt. Ale czekają wszyscy.
— To ja wam pokażę, Michałek. Chodźcie tu, na drogę.
Wychodzą z lasu, od kuchni, na drogę. Andrzej się nie ogląda, wezwał tylko Michałka, ale czuje, że tamci idą także. To dobrze. Na drodze piaszczystej leżą połamane chrusty. Andrzej przyklęka.
— Pakażę wam, bo trzeba, żeby starszy strzelec, a do tego celowniczy, nie tylko słuchał, ale jeszcze rozumiał. Więc widzicie. We wtorek myśmy przyszli na tamtą kotę, gdzie teraz kapitan. O, tu.
Na piasku drogi powstaje jeden zarys.
— Ta dolina, gdzie teraz jesteśmy, z tą rzeczką tam, z kuchniami, ta jest tu...