— A to, w bok, wiecie, co to jest?
— To te brzozy — powiada Socha.
Chrust Andrzeja przeleciał powietrzem aż daleko na prawo i zarysował kolejno trzy łamane ostro linie.
— To tamto, co pan podchorąży z panem porucznikiem mówili: „taras” — odzywa się Michałek.
— A teraz narysujcie sami, gdzieśmy byli zaszli?
Michałek, niezdecydowanie, zaznacza.
— Czy dobrze narysował?
— Nie, w prawo — poprawia Socha.
— W prawo i naprzód un peu81 — dodaje Fortuna.
— Tak, o tu. Widzicie. Trzy dni temu myśmy stali przed tym wszystkim jak głupi. Wiedzieliśmy jedno: tam gdzieś są Niemcy. Ale gdzie? Gdzie są ich erkaemy, cekaemy i moździerze? Gdzie się okopali? Gdzie trzymają najsilniej? Skąd mogę prowadzić ogień? Wiedzieliśmy co? Nic. Byli tam przed nami Anglicy, ale Anglicy mieli małe siły, tyle, że trzymali, nie umieli iść na rozpoznanie. Nawet to, cośmy od nich wiedzieli, pewne nie było. A teraz jak jest? Wiecie już, co Niemcy trzymają, a co nie?