Zdumienie jest tak niepohamowane, tak ogromne, że w Kettlerze wzbiera jakaś milcząca, rozgrzewająca duma. Tonem obojętno-informacyjnym, jakby nigdy nic, objaśnia:
— Pod Narwikiem jest jedna z naszych polskich formacji. Wyłącznie polska.
— Słyszałem — mówi Gallen — w radio, że były tu polskie okręty wojenne przy angielskich. O wojsku nic nie mówiono.
I moment zniecierpliwienia, jakby wzruszenie ramion, jakby odcień mimowolnej pogardy:
— Polacy — skąd? W Norwegii?...
— A wy?
Gallen wykonywa znowu jakiś niewyraźny, okólny ruch, coś tak, jakby mówił, że to jest całkiem a całkiem odrębna — jemu, Niemcowi, zupełnie jasna, innym do rozumienia zupełnie nie niezbędna — sprawa. Przez chwilę rozmowa się rwie i obaj mają oczy utkwione w szpitalnej białości ściany i nudnej szarości nieba, ale czują, że każdy z nich przerwie to milczenie lada chwila.
— To wojna zastała cię we Francji? — zaczyna obojętnie Gallen.
— Nie; w Polsce.
— Więc jak się tutaj znalazłeś?