— Do Francji?

Kettler kiwa głową. Jest trochę zniecierpliwiony. Czegóż tamten tak nie rozumie? Czemu trzeba mu to wszystko, bardzo proste przecież, powtarzać, w głowę wtłaczać? Na jakież pytania, niezadawane głosem, ale nurtujące w myśli tamtego, musi dawać odpowiedzi? Jakie, jakie pytania? Nastawia się nieufnie; jest, najwidoczniej jest coś, co tamten chce od niego wydobyć, wyciągnąć, podstępnie, ukradkiem. Niepostrzeżenie. Po co? Co to może być? Czegóż nie może zrozumieć? Znali się tak dobrze, tak bardzo dobrze; są młodym pokoleniem dwóch sąsiadujących ze sobą narodów; ich sprawy są wyraźne. A przecież...

Posługacz szpitalny, zwany w sali nie wiedzieć czemu Don Pedro, przynosi z dwiema siostrami obiad. Okno zamknięto, gorący bulion rozleniwia, rozsypia. Ale Gallen wraca znowu do swoich pytań:

— Jesteś w jakiej broni?

— W piechocie.

— W piechocie?

Znowu zdziwienie. I znowu jakiś ton lekceważący, ale jakby dobrotliwy: kto wie, czy ta dobrotliwość nie drażni właściwie najwięcej.

— A... a czym byłeś?

— Żołnierzem.

— Ach, oczywiście — ale ja pytam o stopień. W jakim stopniu?