— Właśnie — żołnierzem.

Gallen odstawia talerzyk z kompotem, zadowolony, uśmiechnięty. „Albo kompot nowozelandzki smakował mu jakoś szczególnie, albo ja go czymś dziwnie rozśmieszam” — myśli Kettler. Tamten nie patrzy mu w oczy, jakby ich unikał, ale uśmiecha się nadal. Widać, jak ten uśmiech spływa od bladych kącików ust aż pod białe pasy bandażu. Znowu sięga po kompot i wyjadając ostatek soku mówi, ubawiony jakby:

— Prawda, prawda. Słyszałem, czytałem, że nawet wasz dawny ambasador w Berlinie i wszyscy dyplomaci poszli na prostych żołnierzy...

— To prawda. Lipski jest teraz na froncie zachodnim. Z dyplomatami rozmaicie bywało. Przyzwoici zgłosili się do wojska, inni...

Urywa; nie, nie powie tego wobec Niemca. Ale Gallen uśmiecha się z innej, zupełnie innej rzeczy:

— Przyzwoici, powiadasz, poszli do wojska?

— No, tak.

— I wy tych właśnie nazywacie „przyzwoitymi”?

— A jakbyś ty ich nazwał?

Uśmiech Gallena, który uporczywie wyjada jakieś resztki kompotu z pustego chyba talerza i nie patrzy Kettlerowi w oczy, jest szczególnie dobry, łaskawy, życzliwy. Jest pewne ubawienie w odpowiedzi: