— Oczywiście, że można to i tak nazwać, niewątpliwie. Dla nich jestem z całym szacunkiem. Więc u was za żołnierzy są byli ambasadorowie, dyplomaci i kto jeszcze? Profesorzy, naukowcy, inżynierowie, pisarze?

— Profesorzy, naukowcy, inżynierowie, pisarze. Nie żartuję. Weź moją brygadę. W sztabie jednego z batalionów siedzi sierżant — profesor prawa kanonicznego na najstarszym uniwersytecie polskim. Plutonowym w kompanii karabinów maszynowych jest młody historyk. Kapralem w kompanii strzeleckiej jest pięćdziesięcioletni docent archeologii. W moim plutonie jest docent ekonomii. Starszy strzelec. Drużynowym w kompanii 3. jest jeden z najlepszych naszych korespondentów zagranicznych; miał świetną pozycję w Rzymie do ostatnich czasów. Są to teraz wszystko dobrzy celowniczowie i karabinowi, dobrzy drużynowi, dobrzy strzelcy, dobrzy żołnierze. Nie gorsi od tamtych skautów, studentów, osiemnastolatków, którzy ze mną przechodzili granicę...

— I to wszystko to teraz starsi strzelcy, celowniczowie, karabinowi?

— Tak.

Gallen ziewa, odsuwa pusty talerz ze zniechęceniem i zmęczeniem. Przez chwilę patrzy na Kettlera uważnie, przyglądając się z zaciekawieniem badacza obserwującego okaz nader rzadki, więc ciekawy, ale niewątpliwie wychodzący daleko poza ramy zdrowej normalności. („Obserwuje mnie jak owada, jak bakterie pod mikroskopem, jak rozwój jakiejś tkanki czy plazmy — myśli Kettler. — Co to znowu ma być? Co to znaczy?”).

— Nie próbowałeś chociaż — zagaduje niezupełnie oczekiwanie Gallen — dostać się do lotnictwa?

— I jak.

— Nie udało się?

— Nie.

— Francuzi nie mieli aparatów? — drwi wyraźnie, zwycięsko Gallen.