— Były różne trudności — wymiguje się Kettler.
— A wasi woleli mieć parę postawnych dywizji? To takie piękne — dywizje piechoty! Zwłaszcza, gdy maszerują na defiladzie. Prawda?
Kettler milczy, milczy. Ma w tej chwili zmęczoną twarz i zmęczenie wycienia jego rysy, robi je dziecinne, chłopięce. Gallenowi staje przed oczami Grenoble, piękna Grenoble, ten sam dom, te same schody i pokój, który zjawił się godzinę temu przed oczami wyobraźni Kettlera. Wspomnienie zbliża go znowu, patrzy. Po twarzy Kettlera rozpełzł się wyraz zmęczony, bolesny prawie i smutny. W tamtym naraz rozbraja się i rozkuwa wszystko:
— Powiedz, powiedz — mówi szeptem prawie, prosząc — powiedz, możesz, możesz mi mimo wszystko powiedzieć... Było ci źle? Co? Było ci źle? Powiedz. Nigdy, nigdy, nie było ci choć ciężko? Bardzo ciężko?
Są chwile w najbardziej twardym życiu, właśnie w życiu najbardziej twardym, kiedy człowiek staje się naraz miękki. Taka chwila jest chyba teraz w życiu strzelca z cenzusem, Kettlera. Gallen nalega głosem tak samo ściszonym jak wtedy, kiedy powtarzał słowo „Grenoble”, i ten głos działa tak samo jak wtedy, przed południem. Kettler ma oczy wpółzmrużone, z powrotem utkwione gdzieś w przestrzeni i mówi wreszcie, jakby mówił sam do siebie, tylko do siebie, i jakby wydawał je westchnieniem z największej, najtajniejszej głębi:
— O, tak...
Po chwili wstrzymuje się.
— Zapewne nie powinienem tego tobie mówić...
— Dlaczego? — dziwi się smętnie Gallen — Ja to wszystko bardzo dobrze wiem.
— Skąd ty to możesz wiedzieć?