Za chwilę podawany po linii rozkaz:
— Maszerować!
I czarny wąż wojska wydłuża się znowu. Karabiny maszynowe, które tam gdzieś przed nimi przestały na chwilę grać, znowu odszczekują się krótkim jazgotem. Ale tym razem nie elektryzują oddziału. Rzędem wyciągniętych drużyn, plutonów, kompanii, przepływa, jakby podawana od strzelca do strzelca, senna ciężkość zmęczenia. „Odpoczynek źle zrobił — myśli Andrzej i wylicza: — przedwczoraj — noc w pogotowiu, po południu — odmarsz, 21 km z obciążeniem, wczoraj — noc druga na kutrze, w niewygodzie, potem — marsz 9 km do Bejsjoern i wreszcie ten wymarsz, na skos przez góry, o 1.00 nad ranem. Najgorsze te plecaki; żołnierz jest zmęczony, nim przyjdzie do natarcia. Zamiast być właśnie wtedy wypoczęty, świeży, pełen sił, zmarnował dziewięćdziesiąt procent swej energii na dźwiganie mnóstwa rzeczy zupełnie niepotrzebnych do boju. Zatem po co? Czy jest to tylko rutyna wojskowa, dawny nawyk marszów, jeszcze napoleoński, nic więcej, czy może właśnie trzeba wydobywać z żołnierza aż do ostatka siły, by umiał znieść najgorsze? Czy mamy rację my, którzy chcemy zmieniać, czy oni, którzy chcą zachować?”.
Od czoła plutonu idzie okrzyk:
— Podchorąży Czeczel, do pana porucznika!
Andrzej wysuwa się przed drużynę, schodzi z drogi, brnie w kopnym śniegu, wymijając strzelców.
— Podchorąży Banaś, do pana porucznika!
Porucznik idzie o jakieś pięćdziesiąt kroków przed oddziałem, przy kapitanie. Jest przy nich — znak niedobry — sierżant Ziemiański, drylowaty27 wobec żołnierzy, układny z oficerami, wszystko wietrzący28 kancelaryjny spryciarz.
— Drużyny pobrały granaty? — pyta porucznik.
— Tak jest, panie poruczniku — wyrzuca silnie, koszarowo Banaś, mówi miękcej Czeczel.