— Nim się cała nie stanie germańska?

— Nie żartuj, nie żartuj. Kto jak kto, ale wy, Polacy, moglibyście od Września nie żartować już z niemieckich planów. Oczywiście, poddanie naszego kontynentu pod nasz organizacyjny ład jest to drugi dopiero etap. Ale już w pierwszym etapie sprawa waszego narodu ulegnie rozstrzygnięciu, i powinieneś już teraz o tym rozstrzygnięciu dla siebie pomyśleć...

— Dlaczego właśnie ja?

Denn du heissest Kettler; du bist von Kettler...98

„Ach, tak — myśli tamten sennie — bo nazywam się Kettler...”.

Gallen opadł na poduszkę, jakby sam chciał odpocząć i jakby chciał dać tamtemu chwilę na przemyślenie. Ale Kettler nie myśli, lecz przypomina sobie. Wtedy, gdy w auli uniwersyteckiej pierwszy raz poznał Gallena i gdy ten się zdziwił tak naturalnie i naiwnie, że z tym nazwiskiem jest on Polakiem, i potem, wielekroć potem, gdy z pedanterią Niemca do tej sprawy powracał, i potem, gdy do Polski przychodziły niemieckie broszurki, wykresy, wywody, i potem, gdy żartował na ten temat, drażniąc Gallena. Cała grenoblska przeszłość studencka, całe lato razem spędzone w górach i winnicach, powraca, jak późną jesienią wraca wspomnienie maja.

— Więc ja, twoim zdaniem, nie powinienem zostać Słowianinem, to znaczy Moskalem? Rezerwujesz mnie łaskawie Niemcom. Razem z Wawelem, razem z Warszawą?

— Nazywasz to bardzo dobrze; nawet nie zdajesz sobie sprawy, jak dobrze. Tak, razem z krakowskim burgiem99, razem z niemieckim kościołem Mariackim, razem z tym pałacem w Warszawie, gdzie było wasze ministerstwo zwodniczego pułkownika Becka100. Z tym pałacem budowanym za saskiego u was króla przez saskiego u was ministra. Ty swoją przynależność narodową bierzesz według tego, co ci się żywnie podoba, my — wedle tego, co jest. Czymże ty jesteś bowiem, jak nie von Kettler? Jesteś tak jak kościół Mariacki i jak tamten warszawski pałac, jak łódzkie przędzalnie i tylu Burschów, Dekertów, Fukierów i Fiszerów101. Odpryskiem niemieckości ugrzęzłeś w tym świecie obcym. Wtłoczeniem szlachetnego drzewa w mebel z mniej cennej materii. Tak, jak bursztyn nasz pruski, gdy grzęźnie w białawym piachu Sambii102. Przez całe stulecia byliście najcenniejszym budulcem Polski, dziejów Polski, kultury polskiej. W tym kraju, który nie lubi czytać, a lubi pisać jak najmętniej, wydaliście setki uczonych o jasnych, porządkujących mózgach: Lindych, Hubych, Lelewelów, Estreicherów, Brücknerow103. Budowaliście kościoły ludowi, pałace magnatom, mauzolea królom. Trwoniliście wartości niemieckie, odziedziczone przez was z waszą krwią, należne do tej krwi, nie do was. Nie, nie chcę robić tu sądów i Trzecia Rzesza ich nie robi; nie na to czas. Ale trzeba, żebyście wszyscy i wszystko, co z niemieckiego się poczęło, wrócili do niemieckości. Niemieckość ciebie nie zmarnuje, Kettler.

— To polskość mnie marnuje, Gallen?

— Widzisz, Kettler; my siedzimy od was o miedzę, my was znamy, my na was patrzymy. Nasi uczeni ostukali wasze zagadnienia rolne, o których ględzicie średniowieczne frazesy; wasze zagadnienie przyrostu ludności, wobec którego stoicie bezradni; wasze nędze i wasze możliwości. Polskość ciebie marnuje; polskość zresztą siebie marnuje. Pierwsza rzecz, jaką zrobiliśmy, gdy nasze armie w błyskawicznej kampanii zmiotły opór waszych bohaterskich dzieci i tromtadrackich104 generałów, to było niszczenie waszych warstw wyższych, waszej inteligencji...