— Masz się czym chwalić.
— Daruj, Kettler, nie o to chodzi. Jeślibyś z twego karabinu mógł zastrzelić niemieckiego generała lub niemieckiego żołnierza, to byś strzelał do niemieckiego generała. Jeślibyś mógł wysadzić w powietrze dom z mózgami kierującymi naszym życiem politycznym, gospodarczym, naukowym, zrobiłbyś to także. Jest wojna. Niszczenie nie może być bezmyślne. Musi być precyzyjne. My niszczymy polską inteligencję, my rozstrzeliwamy polskich ziemian i kupców w Poznańskiem, w naszych obozach koncentracyjnych pomarli polscy uczeni, pisarze, inżynierowie, adwokaci, inteligencja, myśmy odebrali młodzieży polskiej możność kształcenia się wyższego, bo to leży w naszych planach, jak leży w planach sowieckich. I nawet gdybyśmy upadli i nad Wisłę wkroczyli wasi Anglicy, pozostawimy pustynię. Państwa, nowoczesnego państwa nie odbuduje sam tylko chłop, sam tylko robotnik, półinteligent, banda samouków, czyli niedouków. Wyście upadli nienaukową organizacją pracy, gospodarowaniem wedle demagogicznych frazesów; rewolucja hitlerowska, nawet rewolucja sowiecka postawiły w sztabach państwa uczonych ekonomistów, statystyków, demografów, zamiast po waszemu wzruszać ramionami. Ale teraz nie będziecie mieli nawet tej słabiutkiej, nienowoczesnej, krótkowzrocznej ekipy naukowców, jakąście mieli; chyba po prostu poprosicie Anglików o łaskawe zastąpienie Niemców w rządzeniu Polaczkami. Oto cel, jaki osiągamy. A wy sami nam pomagacie...
Cios Gallena idzie teraz bez oporu, wchodzi w mózg gładko jak nagły atak zmasowanych na równinie czołgów.
— Wy sami nam ułatwiacie. Z kogo chcecie mieć przyszłych kierowników życia gospodarczego, które trzeba będzie wznowić; intelektualnego, które przyjdzie wskrzesić nie tylko na uniwersytetach, w szkołach średnich nawet; administracyjnego, które nie może być takie, jakie było; handlu, przemysłu? Z oficerów internowanych na Węgrzech, w Rumunii? Czy nie zdajecie sobie sprawy, że pchanie resztek waszych ludzi wykształconych, fachowych, do wojska, do piechoty — to dopełnianie pracy niemieckiej, pracy sowieckiej? Czy myślicie, że jeśli z dobrego urzędnika służby dyplomatycznej uzyskacie dobrego celowniczego w drużynie strzeleckiej, to potem z lada celowniczego uzyskacie z tą samą łatwością dobrego urzędnika służby dyplomatycznej? Czy myślisz, że inżynier, spawacz metali, zatrudniony w segregacji mundurów, jest dobrze wyzyskany? Czy myślisz, że dziennikarz mający kontakty w Rzymie nie byłby tam właściwszy niż przy cekaemie? Czy myślisz, że student ekonomii, któremu studia na High School przerwano, nie będzie człowiekiem, którego brak odczuje się kiedyś bardziej niż brak stu generałów?
— Ale młodzi...
— Mój drogi, młodzi? Są tylko dwie młodzieże na świecie równie ofiarne, równie zapalne, równie bohaterskie: nasza i wasza. O, nie myśl, że my, Niemcy, nie wiemy, kto bronił Katowic, gdy armia, województwo, urzędy i dygnitarze przemysłowi byli już dawno na szosie radomskiej! O, nie myśl, że nie wiemy, kto bronił Warszawy, kto ostrzeliwał się z gruzów Radomia, kto nam na tyłach wysadzał mosty, atakował z zasadzki. Ani nie myśl, żebyśmy nie mieli cichego, głębokiego podziwu dla tych skautów, dla tych gimnazistów105, dla tych wyrostków. Nasi nie byliby gorsi. Niemcy i Polska mają w swej młodzieży cudowny materiał, najwspanialszy surowiec ludzki, równy chyba kruszcom, z których wytapia się stal wysokoprocentową, najlepszą do budowy samolotów czy armat. Ale Niemcy przetapiają ten swój kruszec właśnie na stal najcenniejszą. Uważają ją za budulec najwartościowszy, chronią jej zużycia, oszczędzają zapasy. Polacy używają jej do łatania dziur robionych przez innych, do wysługiwania się. Trwonią, używają nieproduktywnie. Nasz młody chłopak, gdy chce latać — lata; my go do lotnictwa zachęcamy, miast stawiania mu barier. Nasz młody chłopiec — to najcenniejszy materiał wojskowy. Wolny od rutyny sztabowej, wolny od skostnienia koszarowego. U nas, w Niemczech, nie na wszystko używa się stali i nie do wszystkiego używa się młodych. Jestem w twoim wieku — i jestem oficerem-lotnikiem; nasi towarzysze z Grenoble są młodymi oficerami w czołgach, na Westwallu106: jeden, dwudziestoparoletni, zarządza dziś waszą Warszawą. To u nas, a wy?
— Kto wie, nie rezygnuję z tego, żeby być jeszcze komendantem placu w Berlinie...
— Z tego, mój drogi, zrezygnuj. Nie będziesz. Nie będziesz nawet nie dlatego, że zdobycie Berlina — to sen waszej niepoprawnej, lekkomyślnej, polskiej beztroski. Niemcy, Włochy i Rosja są potężne, bo przełamały w sobie głupi guz w mózgu; przesąd, że nie można stać się czymś w maszynerii rządzenia, nim brzuch nie obrośnie w fałdy tłuszczu, nim łysina nie zalśni kopułą, a kamienie nerkowe, żółciowe czy inne nie obciążą dostatecznie ruchów. Zobaczysz, co dadzą Francji jej rozumni starsi panowie! A wyście tego w sobie nie przełamali ani przedtem, ani potem, ani teraz. Oto dlaczego nie będziesz komendantem placu w Berlinie. Wy nie odciągniecie najwartościowszych waszych ludzi ze zużycia na dzisiaj, z myślą, że kiedyś będą paląco potrzebni, jeszcze bardziej niż celowniczowie teraz. Wy nie zużytkujecie najdoskonalej waszego młodego, wspaniałego elementu. Będziecie nim łatali luki, jakie wytwarza rutyna, niefachowość, skoszarniałość mózgownic; będziecie z niego tworzyli silny cokół pod słabość, podmurowywali zmurszałe, podpierali próchno. Powiedziałeś, i to mnie tak ubawiło, że „najprzyzwoitsi” z waszej dyplomacji poszli do wojska. Tak. No ładnie, ale czy nie pomyślisz o tym, że w takim razie poza wojskiem, ale w dyplomacji, został najmniej „przyzwoity” element; ten, co się do wojska nie myślał zgłosić. No — a który rządzi? No — a czy głupstwa robione przez tych „mniej przyzwoitych” to są tylko drobiazgi, które łatwo wyłata na linii eks-ambasador celowniczy, karabinowy eks-poseł?
Kettler leży, wparty głęboko w poduszkę. Ma oczy przymrużone, przymknięte. Każde słowo Gallena wdrąża się w koleiny, którymi już chodziły niejedne własne myśli, niejedne innych refleksje.
I jak czołgi idące w szyku wolno, kiedy opór już dawno został za nimi, kiedy na widnokręgu spokojnym żaden nowy nie powstaje, sunie wolno stalowy wywód Gallena: