— Widzisz, widzisz. Uczyłeś się sztuki wojskowej choć trochę? Tak. No, to przecież wiesz, że wojna to nie jest romantyzm. We Wrześniu wasi ułani szarżowali z lancami107 na nasze czołgi; sto lat temu Indianie w Ameryce strzelali z łuków do piechoty z karabinami. Wojna jest rzeczą pojmowaną celowo. U nas do wojska nie idzie ten, co chce, a pozostaje w biurze, kto nie chce; u nas do wojska stawia się każdy, a dopiero państwo decyduje według kwalifikacji, wedle zadań, kogo lepiej wyzyskać tak, kogo inaczej; kto więcej się tu przyda, kto mniej; kto jest naprawdę i do jakich zadań niezbędny, kto nie jest. To się nazywa gospodarowanie ludźmi. Prowadzenie wojny, prowadzenie państwa — to gospodarowanie ludźmi. Nasza armia zwycięża, bo położyła nacisk nie na kawalerię, jak wy, nie na umocnienie betonowe, jak Francuzi, ale na lotnictwo, na czołg, na maszynę, nie spuszczając się na to, że czołg ugrzęźnie, gdy będzie „brzydka” pogoda, że samolot niedowidzi we mgłę. Dobrze. Wyście przegrali. Ale czy przeszliście chociaż z tą przegraną prawdziwy, odnawiający wstrząs? Czy wasza nowa rzeczywistość, ta, do której szedłeś przez lasy karpackie ku Francji, jest naprawdę nowa i inna? Czy nie wlecze za sobą czegoś, co znasz, aż zanadto dobrze znasz?
*
Czołgi jadą równo i spokojnie, coraz dalej, coraz pewniej i głębiej.
*
— A teraz pomieść siebie samego w tym wszystkim. Jesteś częścią tej ludzkiej stali, marnowanej tu, cenionej wedle swej wartości gdzie indziej. W naszych oczach rozprzęga się to, co było kiedyś Polską, owo dziwne połączenie słowiańskiego tworzywa z łacińską obróbką, ów stop Zachodu ze Wschodem. Rosja upomni się o to, co jest u was jej, to jest słowiańskie. My upomnimy się o to, co jest nasze, to jest europejskie. Sam zresztą widzisz, jak się niecelowo, niewprawnie ratujecie; jak wasz wysiłek jest rozpaczliwy może, ale na pewno nie mądry. Jesteś zagubiony w dziele, przeciwko któremu idzie wielki prąd historii, i w dziele, które na domiar samo siebie niszczy bezmyślnie. Nie możesz tego nie widzieć. Nie możesz nie przyznać mi racji.
— Mogę.
Jakby w drodze pochodu czołgów zjawiła się niewidzialna przeszkoda.
— To mi zaprzecz.
— Owszem, zaprzeczę ci. Jestem jak ty głęboko przekonany, że świat idzie ku jedności, że w naszej epoce opadły różnice wzniesione ongi108 przez spory religii, ambicje dynastii, nawyki trądycij; ale jestem jeszcze przekonany i o tym, że to wszystko nie znaczy jeszcze, abyśmy my, Europa, mieli pójść pod jarzmo czyjekolwiek i jakiekolwiek, przeciwnie, jestem przeświadczony, że nawet na lądach dalekich, z dawna przywykłych do niewolnictwa, w czarnej Afryce i żółtej Azji, kończy się okres cudzego władztwa, przychodzi pora usamodzielnień, że nawet tam współpraca zastąpi panowanie: czy więc właśnie w tym czasie nasz kontynent, Europa, ma być poddanym jednowładztwu, które z nowoczesności bierze chyba tylko narzędzia podboju? Nie. Przeciwko tej wizji świata, jaką rozsnuwasz, buntuje się moje ludzkie poczucie sprawiedliwości, mój optymizm, moja wiara w przyszłość. Raczej jestem skłonny uwierzyć, że to, co przeżywamy, jest ostatnim przesileniem zła, ciemności i starego ładu; że wyjdziemy z tej próby zwycięzcy, zjednoczeni i wolni. Że wielkość Europy to nie przekształcenie wszystkich jej krajów w niewolników jednego, ale wyzwolenie ich wszystkich do wspólnej i wolnej pracy. Nie mógłbym ci zaręczyć, że właśnie mój obóz zwycięży, ale nic by mnie nie mogło zachęcić do walki w twoim obozie...
— A to, że u was wszystko jest wciąż takie samo, nigdy cię nie zniechęca?