— Gdzież to „u nas”?

— Ano, w Polsce...

*

Czołgi znowu poczęły jechać, jak jechały przed chwilą równo.

*

— Dzisiaj już nie...

— A dawniej? — podchwytuje Gallen — To znaczy, że dawniej tak?

— Dawniej, przyznaję, tak... My, młodzi w polskiej armii, tacy jak ja i inni, myśmy nie raz jeden myśleli o tym wszystkim, o czym ty mówiłeś teraz. Kiedy mówiłeś, czasem jedno słowo wywoływało całe fale przypomnień; mój Boże, ileż się widziało, na jakie rzeczy patrzyło. Ile przeżyło! Ile razy buntował się najprostszy rozsądek! Ile trzeba było wyrozumieć! Ile nieporozumienia! Pomiędzy organizacją tej naszej nowej, a nie nowej, armii a jej elementem żołnierskim, powołanym we Francji, leżała obcość całych dziesięcioleci. Obcość emigranta i pozostałego w kraju. Obcość tego, któremu wiodło się dobrze, i tego, któremu nie wiodło się wcale. Obcość tego, dla którego znalazło się w kraju masło, i tego, który w kraju nie miał nawet chleba. Mógłbym mnożyć te obcości; mógłbym pomnożyć je o obcość ludzi, którzy wrośli, chociażby w trudzie ciężkim, w świat pojęć Zachodu, i ludzi, którzy, cokolwiek da się powiedzieć, rośli we wschodnim cieniu od Rosji, od waszych nowych Niemiec. I otóż my, wciśnięci w masę żołnierską z Francji, sami czasem nie wiedząc o tym, przez nikogo w tym niedocenieni na pewno, myśmy, śmiem to twierdzić, wiele wyrównali, wiele przesypali...

Wiele się rzeczy zatarło; można by było zatrzeć jeszcze więcej. A to było nie tylko zrastanie się gór i dołów jakiegoś wojska. To było jeszcze zrastanie się gór i dołów całego narodu. Jego najnędzniejszej emigranckiej klasy, jego nowej, narosłej za niepodległości, klasy władczej...

— Które — i ta, i tamta — nie będą wam tego miały za dobre...