— Nie miały i nie będą miały, oczywiście. Ci w „dole” długo nam mieli za złe, że broniliśmy tego, co było w Polsce, która dla nich nie była krajem radosnych wspomnień, bo nie dała im chleba; ci u „góry” mieli nam za złe, że kochaliśmy to, co tu na Zachodzie jest wolnością, równością, innym stosunkiem człowieka do człowieka; czego oni z kolei nie umieli zrozumieć. Ale taki jest zawsze los ludzi, którzy mają swoje zdanie, a nie doheblowują tego zdania do okoliczności. To trudno.
— I tak byliście między niebem i ziemią.
— Byliśmy i nie byliśmy. Jest u nas pieśń ludowa, rewolucyjna, że armaty pod Stoczkiem109 zdobywała wiara rękami czarnymi od pługa, a panowie palili tymczasem cygara, ta pieśń — to wyraz tego, że o Polskę walczyły klasy ludowe, Polska zaś była krajem pańskim. Otóż nasz tłumny udział w tej armii, przy górniku polskim z Nord110, przy rolniku emigrancie z Calais111, to kłam zadany temu. Trzeba dla scalenia narodu, aby w obsłudze cekaemu spotkał się taki były górnik z byłym ambasadorem i taki ziemiański panicz z emigranckim bandosem112. Trzeba, by w marszu ciężkim erkaem z ramion milicjanta, który walczył w Guadalajarze113, przeszedł na plecy katolickiego historyka z seminariów uniwersyteckich. Tego nie było; to trzeba...
— Brednie, romantyczne brednie, powinniście mieć tysiące lotników, a nie tysiące w dywizjach. Biliście się w Polsce bez pomocy, sami, czemu macie pomagać innym w Wogezach114, w dalekiej Norwegii? Żeby jeszcze więcej się wykrwawić? Jeden nasz zmotoryzowany atak zmiecie w tydzień wszystkie wasze dywizje. Skąd wtedy weźmiecie nowe? Anglia uzupełni swoje siły Australią, Kanadą, Indiami; Francja uzupełni swoje choćby Senegalem i Madagaskarem; czym wy? Zespalacie tysiące emigrantów polskich ze sprawą polską na nowo; ale u „góry”, gdzie będziecie potrzebni, czyście mocni dosyć, aby wzruszyć, aby zmienić, aby odnowić? Twoja dobra niemiecka krew, twoje niemieckie poczucie obowiązku, twoja niemiecka solidność czemuż służą, kogo podpierają, komu swym trudem dają oparcie? Cóż mogą zmienić w ten sposób? Przedłużają jedynie stan, na którym pasie się ludzkie robactwo gnilne, hieny żyjące z padliny upadłych państw, żuki-grabarze politycznego ścierwa...
— Wrócimy do kraju burzą, która zmiecie to wszystko!
— Nie. Nie wrócicie. Wykrwawicie się na takich fiordach, w lasach Wogezów, nie wiedzieć jeszcze na jakich morzach i na jakich lądach. Uścielicie, wymościcie żołnierskimi mogiłami drogę pod limuzyny, te same, co Wrześniem szły do Rumunii...
— Nieprawda!
— Prawda. Oczywista prawda. Ludzie, którzy by kiedyś mogli budować waszą przyszłość, zorganizować nowocześnie pracę waszych mas, roznieść prawdziwą oświatę w waszym życiu, służyć rzetelnie waszym sprawom, poginą jako dobrzy celowniczowie, wytrwali piechurzy. Tamci, nieodzowni, z własnej nominacji, rozmoszczeni, sobiepańscy, przetrwają, wrócą. I będą ronili nad wami swoje parszywe łezki...
— Nieprawda!
— Ej, prawda, prawda.