— To znaczy nie walczyć, a dać się wyrzynać.

— Nie. To jednak znaczy walczyć. Bo kiedyś może i na was przyjść chwila, kiedy coś się w waszych rachubach, z dawna przygotowanych, długo wyliczanych, poplącze i połamie. Czy ja wiem, co to będzie? Może Anglicy będą mieli więcej samolotów i lepsze samoloty. Może, gdy się zapędzicie aż do Afryki i Azji, uderzy was z boku sztylet sowiecki. Ale coś takiego zawsze zdarzyć się może. Coś takiego przyjdzie. A wówczas wy nie potraficie tak walczyć z rozpaczą i trwać w walce jak my.

— Takiej chwili nie będzie.

— Taka chwila przyjdzie.

I przez chwilę są obaj wyczerpani, stargani rozmową w spór przechodzącą. Oddech, długi, męczący oddech rannych w szpitalach polowych.

Cicho weszła siostra Mary: nastawiła radio. Jest godzina popołudniowych komunikatów. Słychać naraz norweską stację z Bodo115, potem angielską, potem jakiś wtręt niemiecki i gwizdy i wreszcie głośnik wpływa na wyraźny, potoczysty komunikat francuski. Ranni na łóżkach poderwali się z miejsc: przez komunikat płyną ostre, dobitne słowa premiera o dokonanej wczoraj, ubiegłej nocy, niespodzianej zdradzie świeżego sprzymierzeńca, Leopolda116, króla Belgów.

*

Tylko dwóch ludzi nie ruszyło się nawet, wysłuchało do końca komunikatu. Polak i Niemiec.

Alors, on est foutu117 — dochodzi z tamtego końca sali.

Reszta milczy. Który to tam powiedział? Czy to nie obojętne zresztą.