— Ty...

To „ty” wyplute jest z gardła, załamane w zatorze nienawiści, gróźb, złorzeczeń, wściekłości. Gallen podnosi się w łóżku: pod bandażami twarz mu sinieje, czerwieni. Dobiegła siostra miłosierdzia i coś mówi: przykuśtykał Don Pedro, popodnosili się ranni. Przenoszą rannego Niemca na inne, dalsze łóżko.

W przechodzie raz jeszcze, raz jeden jeszcze oczy obu spotkały się na chwilę. Kettler zrozumiał, że może się wyraz oczu odmienić czasem na zawsze. Nigdy szare oczy Johanna Gallena nie będą już miały dla niego połysków ciepłych i miękkich, nigdy nie będą przekorne, nigdy więcej nie będą dobre. „Grenoble — pomyślał w tym momencie — Grenoble”.

Wparł głowę głębiej w poduszki: był zmęczony. Obraz Grenoble, wywołany tak dziwnie tego rana, przeszedł jeszcze raz przed wzrokiem wspomnienia. Miasto wesołe, wzięte w zieloną ramę gór, pospinane stokami winnic, zieleniejące i domy wybrzuszone w uliczkach starych i wąskich, i arkady uniwersyteckie, i ludzie dobrzy, weseli, prości, i schody wyfroterowane u Madame Javel, i pokój, i obicia wypłowiałe, i fotel oklapnięty, i nad kominkiem lustro...

Kettler uśmiechnął się spokojnie, wydechująco. Pożegnał raz jeszcze owo wspomnienie dalekie, jak człowiek żegna się z domem, w którym mieszkał i w którym było mu dobrze, ale do którego człowiek nie wróci już nigdy. Patrzył na nie, jak patrzy się człowiek na pierścień, który zbyt wiele przypomina rzeczy przekreślonych na zawsze, i dlatego rzuca się go w wodę morza, jeziora czy rzeki, śledząc, jak przebłyskuje złotem poprzez zieloną mętność wód. I kiedy się obraz zatarł zupełnie, doszczętnie, poczuł ze zdziwieniem, że mu ulżyło.

„Może to opadł ze mnie ostatek mojej dalekiej, przeszłowiecznej niemczyzny?”.

VIII

Jest pan, ostatecznie, zastępcą dowódcy plutonu. Drużynę zda pan kapralowi.

Chodzą z porucznikiem po tej samej leśnej i pylnej drożynce, w której piasku Czeczel rysował kilka dni temu Michałkowi szkic sytuacyjny akcji. Spadł po południu krótki wiosenny deszcz i długie podhalańskie płaszcze są ciężkie od wody.

Obok drogi jest ten sam żółto malowany dom; dziewczyna, która im wtedy grzała kawę, rozwiesza teraz bieliznę po sznurach przeciągniętych między drzewami. Musiała do tej czynności podnieść ręce wysoko nad głową i jest w ten sposób jeszcze smuklejsza niż naprawdę.