— Nie, jako pytanie. Pan rozumie, ja nie jestem oficerem zawodowym. Ja się jednak szkolę w dowodzeniu, w wydawaniu rozkazów, w prowadzeniu praktycznym walki. I właśnie od czterech dni zastanawiam się, czemu pan porucznik, gdy o tym nie wiedziałem, posłał jednak taki meldunek. Przeze mnie zresztą.

— To pan meldunek przeczytał?

— Pokazał mi go kapitan Daniec.

Znowu zrobiło się milczenie. Dziewczyna wyniosła z domu okrągłą balię ze świeżym zapasem upranej, niewysuszonej bielizny. Przez chwilę mignęła jej głowa ogromnie jasna od włosów, niesiona pewnie na mocnym, sportowym karku.

— Dlaczego, panie poruczniku? Moja drużyna była chyba najmniej zdemoralizowana z tych wszystkich ludzi. Ma pięciu rannych; dwóch pan porucznik uznał za stosowne przedstawić do odznaczenia; paru do awansu.

Ja nawet tego nie poruszałem; zrobił to pan z własnej inicjatywy. Więc dlaczego tamten meldunek?

Przed domem nowa porcja bielizny poczyna obciążać rybackie, poprzeciągane sznury. Dziewczyna co moment zniża się do leżącej na trawie balii, a potem rozprostowuje się ruchem silnym jak zgięta na chwilę tylko brzózka.

— Może pan ma rację, że pan mnie o to pyta.

— No, widzi pan, panie poruczniku. Niechże pan powie.

— Wolski, nieboszczyk, może by to już zrozumiał; panu trzeba to wyjaśnić, bo pan wojskowym nie jest. Otóż, proszę pana, i niech pan to sobie na przyszłe dzieje wojenne zapamięta, w wojsku nie może być tak, aby się okazało, że rozkazu nie można wykonać z winy samego założenia. Samo założenie nie śmie być mylne...