— Mam nadzieję, że drużynie tę krzywdę wyrównam.
Krótki uścisk dwóch dłoni. Wracają ku domowi. Białe, niebieskie, szarozielone płachty bielizny wiszą sztywno między brzozami. Dziewczyny nie ma.
— Panie poruczniku, ale kiedy już tak, to czemuż pan to napisał akurat o tej drużynie, która najlepiej się trzymała przez cały czas?
— No, jak to, proszę pana — brzmi ogromnie szczera odpowiedź — przecież tamtymi dwiema drużynami dowodziłem osobiście. Ładne bym wystawił świadectwo samemu sobie...
„Prawda, że tamtą dowodziłem ja sam; to co innego” — pomyślał Andrzej.
Jednak ubawiła go szczerość odpowiedzi.
IX
Kiedy są popołudnia pogodne jak to i kiedy nie ma samolotów niemieckich, przychodzi do Andrzeja Płużański, by malować. Jego pluton jest tuż obok, o kilometr niespełna, tak samo w drugiej linii. Nie byli jeszcze na pozycji. Siedzą i nie robią nic. W godzinach popołudniowych Płużański przychodzi, siadają razem z Andrzejem na wielkich drewnianych balach, tamten dobywa z chlebaka farby, olej, pędzle. Z Harstad dostało się przez Anglików dykty do malowania i oleju lnianego, tu wykombinowano coś w guście sztalug. Jest w takich chwilach rozkosznie leniwo i uspokajająco. Morze fiordu pluszcze rytmem, który nie zna początku i końca, każdy słoneczniejszy dzień i każdy ciepły deszcz rozprowadza coraz silniej po zboczach doliny młodą zieloność późnej, północnej wiosny. I w tym wszystkim jest uważne spojrzenie malarza spod wielkich, ściągniętych brwi, spojrzenie znieruchomiałe na dalekim przedmiocie, ruchy ręki zamyślone, powolne a pewne. Andrzej tuż obok rozpiera się w takich chwilach wygodnie i tylko patrzy. Odzywają się do siebie rzadko, półsłówkami, rozchodząc się nieraz w tym, co jeden chciał powiedzieć i co odpowiedział mu drugi. Czasem który ze strzelców podejdzie, ale czynią to coraz rzadziej; przyzwyczaili się.
— Nie lepiej byłoby sfotografować, panie kolego? Po co się pan ma sam męczyć? — powiadał życzliwie porucznik.
Wojna taka jak ta, a zapewne każda wojna, lubi stwarzać możliwości oderwania się od jej spraw, pogrążenia w całkiem inne, dalekie jej i obce. Andrzej i Banaś lubią patrzeć, jak maluje kolega z podchorążówki, ten wielki, potężny chłop o włosach spadających na czoło siwiejącymi już kosmykami, jak się trapi, by z okruchów cynobru129 i czerni wydobyć kolor tamtego gliniastego urwiska, jak pędzel rozgniata i rozcieńcza tłusto ultramarynę130 i kobalt131. Płużański biedzi się, bo nie ma wiele czasu na malowanie, a tu wiosna idzie teraz szybko i kolor lasu rozzielenia się coraz bardziej prowokacyjnie, odbarwia ze swych zimowych rudości i szarzyzn. Nawet morze stanie się niedługo mniej sine a zieleńsze, prorokuje niepokojąco Banaś, na co Płużański obrusza się z niezadowoleniem, ale w gruncie rzeczy jest zaniepokojony. Kto wie, może tu rzeczywiście odblask gór ubarwi inaczej morze, które się każdą szczeliną lądu między góry wciska.