— Lepiej maluj tę dziwkę — powiada Banaś.
— Malowałbym, ale nie chce — powiada malarz.
— Pewno; boi się takiego goryla.
Płużański jest rzeczywiście stworem gorylastym, z olbrzymią głową o silnym zaroście brwi, brody i włosów, pochylonym ciałem i przydługimi rękoma o olbrzymich dłoniach, prawdziwie jak łopaty, zawsze ku wnętrzu zagięte. Andrzej lubi patrzeć, jak te góralskie łapy — Płużański jest jednym z nielicznych autentycznych Podhalan brygady — stają się jednością z wąskim, długim pędzlem, który z nich wystrzela jak szpon drapieżnego ptaka. Ale z tym skupionym wyrazem, jaki ma przy malowaniu, naprawdę wygląda groźnie i dziewczyna norweska z żółtego domu na dobre go unika.
— Czemu mówisz o niej „dziwka”? — powiada Czeczel.
Ale w ustach Banasia „dziwka” jest raczej określeniem pełnym dojrzewającego męskiego podziwu niż jakiejś ujemnej myśli; rozumieją to równie dobrze i Płużański, i Andrzej. Nie; od pięciu dni stoją tu w miejscu, mieszkają przy tym domu, mają kuchnie tu w lesie, ale dziewczyna jest, jak pierwszego dnia, zupełnie nieprzystępna.
— Żołnierze nie dowalają się do niej? — ciekawi się Banaś.
— Nie, wcale. Z początku — sierżant Ziemiański.
— Nie poszło?
— Nie.