— Wiesz choć, jak jej na imię?

— Wiem. Karin.

— Karin?

Płużańszczak właśnie robi poszarpany szczyt sosny na swoim płótnie, które posuwa się wolno i niepewnie. Nie; rok wojska oderwał od malowania; ręce nie takie; może nigdy nie wrócą do dawnej biegłości; wojna zabije w nim malarza? I przykłada się tym uważniej. Andrzej prowadzi wzrokiem za dziewczyną, która właśnie chodzi po podwórzu, obok żołnierzy i wśród białych rasowych kur, nie widząc ani tych, ani tamtych.

— Dlaczego właściwie nie dowalają się?

— Ja wiem — powiada Płużańszczak — nie na żołnierski gust. Wiesz, co to jest żołnierski gust? Tęga przysadzista dziewucha, krótkonoga, osiadła w zadzie, piersista. Norweskie dziewczyny nie są na nasz polski smak. A potem są za białe, za jasne. Popatrz na te jej włosy. Widziałeś jej rzęsy? Dla nich to za blade, za wymokłe...

— No, no; nie cera.

— Nie cera, ale cały koloryt. Nie bierze. I potem jest za wielka pani, żeby brała. Widziałeś dziewczyny w Harstad? Pamiętasz Bejsfiord? To są zupełnie inne kobiety niż u nas, niż we Francji. Taka będzie miała dwadzieścia lat i będzie wyglądała jak dziecko...

— I będzie miała bliźnięta...

— Ale dalej będzie wyglądała na duże, wyrosłe przedwcześnie dziecko. Nie rozgryziesz, czy zna się na rzeczy czy nie zna, nie dowiesz się, nie wywąchasz. Będzie się do ciebie śmiała, ale zawsze jak dziecko do dziecka i przyjaciel do przyjaciela albo dziewczyna do drugiej dziewczyny. To są kobiety krewne strzyg132 zimnokrwistych, to są kobiety bardziej obcoplemienne niż Japonki i Chinki. Wygląda jak storczyk; nienaturalny, trochę niesamowity kwiat, wyhodowany w samotności, z dala od innych kwiatów. Taki kwiat, który człowieka mógłby odurzyć i którego nie trzyma się na noc w pokoju sypialnym.