— Tak jest, panie kapitanie.
Chwilę potem obaj odchodzą do drużyn.
— Tylko nas dwóch wezwał porucznik — mruga znacząco Banaś. — Nikogo z tamtych drużynowych, rozumiesz?
— Rozumiem — uśmiecha się Andrzej — my jesteśmy podchorążowie z Francji.
I uśmiechają się nadal, w wietrze, który teraz, gdy dzień już nastał zupełny, nawiewa rzadki, grudkowaty śnieg. Wiedzą, że w oczach oficerów zawodowych nie są wojskiem poważnym, tylko czymś pogardliwie cywilnym, przypętanym pomiędzy podoficerów, odbijającym od reszty, jak mundur z sukna o innym odcieniu odbija już z daleka w szeregu. Co innego podchorążowie z Polski: ci szli do wojska z powołania, przechodzili zwykłe wyszkolenie polskich oficerów. Taki zastępca dowódcy plutonu, podchorąży Wolski... „Ale my, Banaś, Płużański, Stecki, ja — myśli Andrzej — tak, my jesteśmy podchorążowie z Francji”.
Teraz idzie z powrotem na czele drużyny, pierwszy przed Michałkiem, który odebrał właśnie od Kettlera swój erkaem. Jest jeszcze podrażniony: u nikogo nie sprawdzali, czy pobrano granaty czy nie, tylko u nich dwóch. A jakby nie pobrali, to cóż by teraz, w górach, zaradzono? A zresztą, czyż nie można by raz zrozumieć, że jeśli u nich „z Francji” szwankuje to, co jest koszarami, wojskiem w pokoju, służbą, to wszystko, co dotyczy wojny, jest właśnie opatrzone tym staranniej, tym pilniej? Dlatego właśnie, że oni odbyli swoją szkołę podchorążacką już w czasie wojny i już we Francji, że nigdy dawniej nie chcieli być w wojsku, zanim nie przyszedł Wrzesień29.
Podchorąży Wolski, którego przed chwilą mijał wracając Andrzej, przechodzi teraz koło niego, jak przedtem Stecki. Zamieniają ze sobą parę słów, najbardziej konwencjonalnych, jakie można w takiej chwili zamienić; kiedyś Andrzej będzie się starał daremnie przypomnieć sobie, o czym wtedy mówili na tej drodze zaśnieżonej, w brzeźniakach, przed Bejsfiord30. I nigdy już tego nie odtworzy. Andrzej odczuwa głęboką, zaskórnie tajoną, zamaskowaną, jak maskuje się stanowiska bojowe przed okiem nieprzyjaciela, obcość. Niechęć, zazdrość? Skąd płynącą? Tamten raz, gdy na rynku w St. Renan31 mylił się w komendzie musztry i napotkał z boku niewyraźny półuśmieszek? Wtedy, gdy podchorąży prowadził gry i zabawy na boisku, sam najlepiej goniąc „lisa”32, a Andrzejowi na oczach całego plutonu się nie powiodło? Andrzej pamięta jeszcze jeden uśmieszek Wolskiego: to wtedy, na pokładzie „Chenonceau”33, gdy on i Banaś ustąpili ze swych kabin i spali na dnie statku, pokotem przy plutonie, dzieląc dolę żołnierską i zaduch. Pamięta, jak przybrał wreszcie wobec tamtego przesadzoną służbistą poprawność, którą często starszy podwładny przybiera wobec młodszego zwierzchnika, jak się odciął od wszelkich rozmów, nie podniósł żadnej dyskusji.
W tej chwili są już na szczycie lekkiej falistości porosłej gęstszym lasem. Dwa dni temu wyrzucono stąd Niemców; widać przysypane świeżym śniegiem i nieodkopane już potem stanowiska erkaemów, wytyczone na drogę, którą się wił właśnie ich podhalański pochód. Za stanowiskami jakieś puszki od konserw, porzucony bagnet, ruda plama zamarzłej na śniegu krwi. Pierwsze stanowisko nieprzyjacielskie, jakie widzą żołnierze, pierwsze ślady podkutych krągłymi gwoździami niemieckich butów. Drużyny, przechodzące kolejno, patrzą się na szczątki zwalniając w pochodzie. Jak konie, gdy je coś w rowie przydrożnym zaniepokoi znienacka.
Teraz schodzą w dół, w dół. Przez brzeźniak, monotonnie obsiadły na wzgórzach norweskich, widać taflę fiordu siną, siną, od śniegu odbijającą. Na ten widok w drużynie Banasia ktoś naraz zaczyna śpiewać:
Morze, nasze morze,