Ksiądz obudzony ze snu przecierał nieprzytomnie oczy i słuchał niezbyt przytomnie tego, co Andrzej wyjaśniał mu półgłosem. Po czym wypchnął go na korytarz.
— Zaraz się zbiorę; biedny człowiek! Starszy już? Musiał mieć żonę i dzieci. Pan nie wie? Ja zaraz będę gotów; niech pan zaczeka na dole.
Andrzej wrócił do kapitańskiego motocykla z przyczepką i czekał. Na dworze była blada świetlaność norweskich nocy; o kilkadziesiąt kroków fale fiordu podmywały z głuchym pluskiem kamienisty brzeg. Wielki garb wzgórz nad Ankenes urastał, stąd widziany, w wał zasłaniający przed oczami niedaleki już Narwik. Czernił się w nocy lasem dalekim i Andrzejowi raz jeden jeszcze przypomniał się tego dnia niepogrzebany, pozostawiony gdzieś w owej kotlince trup Wolskiego.
„Tego przynajmniej jakoś pogrzebiemy” — pomyślał.
Ksiądz nie wychodził. Popatrzył na zegarek.
„Późno, późno — pomyślał — kapitan kazał pogrzebać natychmiast, na miejscu”.
I naraz refleksja: „Lepiej może było nie jechać po księdza?”.
Ale tamten już schodził na dół z całą walizką liturgicznego sprzętu.
Droga wzdłuż fiordu, mijająca rozrzucone po obu jej stronach domy Haakviku, była wyboista, rozbita jeszcze przejazdami angielskich ciężarówek i gąsienicami ciągników, motocykl skakał na resorach, przechylał się na każdej dziurze. Wielkie leje od bomb lotniczych brunatniały torfiastą ziemią tu i ówdzie. Trzy domy, rozkrojone do podwalin pociskami, wywalały w nieładzie swe szafy, pierzyny, łóżka, naczynia kuchenne, jak jelita z rozprutego brzucha.
— Gdzie dostał tamten? — zapytał ksiądz.