— W głowę, poszedł od razu. To artyleria nasza pomyliła się w obliczeniach i puściła trzy pociski za blisko, niemal na nasze linie. Jeden padł najgorzej: to ten właśnie.
— Boże, Boże...
Ksiądz zirytował Andrzeja.
— Trudno, proszę księdza; takie rzeczy, niestety, zdarzają się często.
— Ja wiem, wiem — tłumaczył się tamten pośpiesznie — tylko tak zawsze żal każdej niepotrzebnej śmierci...
— Po ludzku biorąc, a zwłaszcza po wojskowemu — ciągnął Andrzej — może ona jest niepotrzebna. Ale po bożemu, leżała chyba w tak zwanej woli bożej...
— Pewno — odpowiedział kapelan — ale cóż my, ludzie, możemy o woli bożej tu wiedzieć?
Powiedziane to było z jakimś odcieniem pokory, tak jak poprzednio, Andrzej przypomniał sobie tego samego księdza — dziesięć, tak, zaledwie dziesięć dni temu — innej nocy, gdy szli marszem górskim na Bejsfiord, jak wraz z nimi brnął w śniegu i jak pomagał kaemom nieść ich skrzynki z amunicją. „Dziwnie potulny księżyna — pomyślał — ciekawe, że go w sztabie nie lubią. Jakże z nim można zadrzeć? Każdego chyba rozbroi”.
Tymczasem droga skręcała w lewo, pod górę i w las. Stała się węższa, wiła się kapryśnie. Koła motocykla pracowały ciężko w mokrym, płowawym piasku. Przy mostku wielki lej od bomby niemieckiej, spuszczonej w zeszły wtorek, rozprysł po wrzosowiskach i jałowcach pełno miałkiego żwiru.
— Tu go pochowamy.