— Jak to tu?
Ale Andrzej już szedł od drogi w prawo, ku niewielkiej jakby polance porosłej niskimi krzewami, głównie właśnie owym jałowcem, i wystającej niewielkim tarasem nad huczący w dole strumień. W tym właśnie miejscu stał już koń, zaprzężony do niskiego wózka, na jakim zwyczajnie zwozi się w tych stronach drzewo. Obok dwóch strzelców najwidoczniej kończyło kopanie dołu. Kiedy podszedł bliżej, zobaczył jeszcze zwłoki. Buciory na wyprostowanych nogach były w błocie i we własnej zabitego krwi. Na piersiach położono mu strzaskany pociskiem hełm.
— Nie, mój panie; ja tu nie będę grzebał.
Andrzej opanował zniecierpliwienie.
— A gdzież mamy go grzebać, proszę księdza?
— Jak to gdzie? Na cmentarzu!
Andrzej poruszył się:
— Księże kapelanie, posłano mi te zwłoki od linii z tym, żebym je pogrzebał natychmiast, w ciągu nocy, na miejscu. Już jadąc po księdza postąpiłem na własną rękę.
— A, jeśli tak pan to rozumie... Pozbyć się, byle prędko, czegoś, co jeszcze godzinę temu było żołnierzem. Pochować w byle dole...
— Przecież to nie jest byle dół. Postawi mu się krzyż, grób usypie.