Andrzej poszedł ku domowi. Przypomniała mu się znowu historia z księdzem. Ten pogrzeb zabierze czas; a może by wcale nie pojechać? Kapitan będzie później sztorcował. Tylko ta tabliczka... No, ostatecznie, nawet godziny nie potrwa.
Drzwi domu zamknięte były starannie. W pokoju z lewa, w którym mieściły się skrzynie kancelarii, parę nadliczbowych karabinów i stał telefon, było pusto. Wszystko znajdowało się w stanie, w jakim zostawił to wychodząc. Drzwi od salonu na dole były nawet otwarte i widać było niezamknięty od wczoraj fortepian i nuty rozłożone na pulpicie. Nie było ani Ziemiańskiego, ani nikogo. Przeciwnie, było tak właśnie, jakby od jego wyjazdu nikt nie był tu wchodził i jakby błyszcząca metalowa tabliczka, położona na środku stołu, spłynęła tu sama z sufitu.
Napłynęła do mózgu myśl: „Grudzie się przywidziało; dobrze, że się nie nabrałem”.
I chciał już wyjść, ale właśnie kiedy znalazł się w sionce143, posłyszał nagle na piętrze niespodziewany, suchy łoskot, jakby padającego ciała czy mebla. Zaraz potem zaległa znowu cisza, ale teraz nie był to spokój nocnego wypoczynku, lecz naprężone wyczekiwanie.
— Kto tam? — zapytał.
I zaraz po norwesku:
— Hvor?144
Na górze wszystko ustało nagle i zupełnie, tak nagle i tak zupełnie, jakby nie odezwało się tam nic, ani przed chwilą, ani nigdy. Znowu naszło zwątpienie. Naprawdę przywidziało się więc tylko? Może, oczywiście, narobić alarmu; ale co za kompromitacja, jeśli potem nie okaże się nic? Tylko, jeśli nic nie ma, dlaczego ta dziewczyna nie odpowie na pytanie norweskie; ona jednak musi tu być.
— Hvor?
Powtórzył jeszcze głośniej i zaczekał. Nic. Dom, las, kraj, wszystko to zdrętwiało w umownym, jakby konspiracyjnym, milczeniu. Aż robiło się po nocy, choć tak widnej, trochę nieswojo. Po raz trzeci, prawie z rozpaczą, zawołał: