Hvor?

Drzwi wejściowe od dworu za plecami skrzypnęły w tej chwili. Andrzej odskoczył. W drzwiach jednak pojawił się tylko Gruda. Oczy kaprala miały chłopski, czający się błysk, były nieufne i prawie groźne. Zjawił się tak cicho, jakby szedł w onucach145. Brwi duże podniosły się nad oczami ku górze. Za spojrzeniem wyciągnął się ku schodom prowadzącym na piętro palec wskazujący, gruby, szorstki, kruczkowaty.

On jest tam.

Andrzej w mgnieniu oka skoczył po schodach, drewnianych, wąskich, pod górę. Karin mieszkała w którymś z tych pokojów. Z lewej? Z prawej? Nie wiedział. Zapukał do drzwi po prawej, chwycił za klamkę; zamknięte. Zapukał po raz drugi.

— Otworzyć! — zawołał po norwesku.

Zaczekał chwilę. Wydało się, jakby po tamtej stronie ściany, obok drzwi, czaił się ktoś. Za plecami powolnym ruchem Gruda odbezpieczał rewolwer.

— Co tam po norwesku; niech pan podchorąży po polsku do niego zagada. Ten ptaszek, co tu siedzi, i po polsku rozumie.

Drzwi otworzyły się naraz bez wezwania, spokojnym, powolnym ruchem. Pierwsze, co się pokazało, była to Karin. Dziewczyna stała na środku pokoju blada, z oczami wylękłymi, wpatrzonymi we wchodzących z przerażeniem. Miała zarzucony na siebie jakiś granatowy płaszcz czy szlafrok. Jasne włosy były rozrzucone, spadały kosmykami na twarz. Ręce zaciskała przy piersi, zgarniając odzież wokoło szyi, jakby przed idącym z dworu chłodem.

Dwa wywrócone gięte krzesła, na wpół odrzucona szuflada komody, papiery na podłodze, wszystko to mówiło o walce.

Tuż przy ścianie, w bok od drzwi, stał jeszcze ktoś drugi, spokojny, opanowany, czekający. Tylko w oczach gasły jakieś niepokojące ogniki, zasnuwając się w obojętną szarość.