Zapytywałem się w Palestynie wielu i różnych ludzi, kto tu jest człowiekiem najpopularniejszym. Odpowiedzi były bardzo rozmaite. Nazwisko Pinkusa Rutenberga powtarzało się tam jednak bardzo często. Rzecz szczególna, powtarzało się ono najczęściej... w Emeku. W kolektywnym, czerwonym Emeku. Dla ludzi Tel Awiwu Rutenberg to był ktoś chyba taki jak Poznański dla łodzian: wielki przemysłowiec, duża głowa do interesów, i basta. W Emeku ten sam człowiek wyrastał na kontynuatora dzieła chaluców, na człowieka, który sam za siebie dokonuje ogromnego dzieła. Rutenberg był wodzem, był symbolem. Najwyraźniej symbolem. W ogromnej mierze dzięki temu, że interesy Palestine Electric Corporation i Palestyny stanowią jedno. Być może, że wiele przyczynił się do tego fakt niezaprzeczonej ideowości tego człowieka, jego troska o byt robotników, jego akcja filantropijna i osobista skromność życia. Niemniej tak właśnie było. Czuję, stwierdzając to, że historia Pinkusa Rutenberga zrobi wrażenie jakiejś transkrypcji, na inny tylko ton, Lettres persanes Monteskiusza63, że moja Palestyna zacznie się ludziom wydawać jakąś Atlantydą, krajem nierealnym, z którego autor chciał wykoncypować jakiś raj świętej zgody robotnika z kapitalistą, coś w rodzaju znanego ckliwego filmu Metropolis64. A jednak — tak jest. Sam nie wiem, czy mam się z tego cieszyć, czy smucić. Notuję.

I nie jest to rzeczą tak znowu „utopijną”. Rutenberg nie tylko uratował wiele nędzarskich kwuc, jak Geszer, i wielu nędzarzy. — Jest w Polsce śliczna legenda o dobrej królowej Kindze, która z ojczystych Węgier przeniosła cudem Polsce żupy solne Wieliczki. — Rutenberg swej odnalezionej ojczyźnie nie przeniósł żadnej z bogatych sztolni rosyjskich. Ale zamiast czarnego dał im to, co się potocznie wśród techników określa „biały węgiel”. Ogromnie obcy sobie są ciemni kmiecie z grodziszcz, gdzie Bochnia, i sterani chaluce z Emeku. Dystans między średniowieczną królową z dynastii, która prócz niej dała Bogu jedenastu świętych, a między żydowskim inżynierem z Rosji, Pinkusem Rutenbergiem, jest ogromny, jest przepastny. A jednak zdaje mi się, że jest na świecie siła, która nad tą przepaścią rozpina przeciw wszystkiemu jakiś jednoczący łuk: błogosławieństwo dobrego czynu.

W Tel Or, Pagórku Światła, jak nazwał Rutenberg swą centralę, wspomniałem o Przedwiośniu. Szklane domy Stefana Żeromskiego; szklane domy, o których stary Baryka, ten, co do Polski wejść nie mógł, bajał gdzieś w Rosji synowi; szklane domy, których Czaruś Baryka w nowej Polsce się nie dopytał65... Polski inżynier przybywający zza morza, wykorzystujący siłę prądu morskiego dla zbudowania wielkiej centrali przemysłowej... Szklane domy z wielkich, nieprzezroczystych płyt rozstawiane w miejsce kurnych i brudnych chat. Cały kraj ogrzewany, cały kraj oświetlany... Plan techniczny sięgający wyżyn legendy.

Nie wiem, czy Czytelnicy moi dostrzegą w panu inżynierze Rutenbergu owego inżyniera Barykę żydowskiego kraju. Ale analogie są widoczne. Tel Or porównaniu z tym, co ma być, to jest jeszcze mniej niż ćwierć drogi. Tylko że Tel Or to „ćwierć drogi” już jest. Przedwiośnie jest u nas powszechnie uważane za dzieło rewolucyjne, Żeromski za rewolucyjnego wieszcza. W Tel Or wydało mi się to naraz strasznie dziwne: przecież ideał Żeromskiego — to taki inżynier Baryka budujący szklane domy, genialna jednostka, a nie genialny tłum, to postęp oparty na sobie samym, na wiedzy bardziej niż na jaczejce66. Złoty sen przyszłej Polski Żeromskiego, cały żal jego, że nie ma takiej Polski, bo nie ma takiego człowieka, zwarł się wokoło jednej jedynej postaci inżyniera Baryki. Wielkiego wynalazcy, wielkiego patrioty i — wielkiego businessmana. To brzmi dziwnie: businessmana? Zajrzyjmy do Przedwiośnia, zobaczmy, sprawdźmy. Żeromski mówi: ponieważ nie było w Polsce nowej tego człowieka, który by pobudował szklane domy, ponieważ byli tylko mętni ideolodzy typu poczciwego Gaszyńca67 z spłowiałym frazesem radykalizmu w miejsce programu, przeto musiała przyjść chwila, gdy Czaruś Baryka, młode pokolenie, ruszy w pierwszym szeregu ulicy na prezydencki Belweder. Ponieważ było dużo wszelakich Gaszyńców, żadnego inżyniera Baryki, żadnego inżyniera Rutenberga.

Te glosy do Przedwiośnia wyskakują z szyn palestyńskiego reportażu. Te glosy odchodzą od nich daleko, bardzo daleko... O, nie chodzi mi o adwokackie wykręcenie z wielkiego pisarza — obrońcy kapitalizmu. Gdyby snu o inżynierze-wielkim przemysłowcu, budowniczym lepszej doli mas nie rozproszyła dziesięć lat temu gnuśna indolencja sejmowych Gaszyńców, toby ją dziś rwał na oczach całej Polski każdy na kolejach, na miejscach publicznych napis o cukrze, którzy krzepi. Ale nie zmienia to w niczym faktu, że w oczach Żeromskiego szklane domy i ich budowniczy, jeśli nawet były utopią, to niemniej były ideałem, podczas gdy zryw młodego pokolenia na broniony żołnierzami w orzełkach Belweder, jeśli nawet był koniecznością, to był koniecznością smutną, tragiczną, to był nieszczęściem. Mit szklanych domów... Tel Or, inżynier Rutenberg nie jest mitem.

Od getta do kibuców

Palestyna stworzyła grupę kilkudziesięciu kolektywnych gospodarstw. Żyje w nich kilka tysięcy ludzi, dalszych parę tysięcy do nich się garnie. Kolektywy te prosperują, choć za nimi nie stoi moc żadnej ustawy, żaden terror, choć kapitał, który je wspierał, czynił to niechętnie. Jest więc poza Rosją taki kraj, który ma ludzi zabijających w sobie poczucie własności prywatnej aż — zdawałoby się — do życia prywatnego, aż do nieposiadania własnych ubrań i rzeczy. Wychowują się dzieci, w których pamięć innego ustroju będzie jeszcze odleglejsza, jeszcze bledsza, jak68 w inteligencji dzisiejszej wspomnienie przedwojennego dobrobytu, jak wśród ludu wspomnienie pańszczyzny. Dokonuje się — na mniejszą tylko skalę — eksperyment realizacji ustroju, o którym niektórzy mówią „ustrój jutra”, który zawodził dotąd we wszystkich tych próbach, które nie działy się pod ochroną i musem. Ma już po kilka i kilkanaście lat trwania. Jakie są jego, dla nas, dalekich sprawom Palestyny, nauki i rezultaty? Czyż tam naprawdę rodzi się nowy ustrój i nowy człowiek?

*

Odpowiedź na to jest zbyt ważna, by ją móc zamknąć w kilku wierszach, jest zbyt trudna do obrony wobec ataków, które z lewa i prawa obudzić dziś musi, żeby, nim padnie, nie wmontować w reportaż tych kilka momentów wyrwanych umyślnie z dwutygodniowej włóczęgi po kibucach.

Dolar spadł o dwadzieścia procent