Wyjeżdżałem z Tel Awiwu do Emeku, siedziałem już w autobusie, gdy niemal w jednej chwili wszystko zakipiało niespodzianym poruszeniem. Był to najbardziej autentyczny zgiełk naszych Nalewek. Po chwili dowiedziałem się, o co chodzi: właśnie giełda podała sensacyjną, doniosłą wiadomość — dolar spadł o dwadzieścia procent.

Spadek dolara był emocją, która nie udziela się motorom autobusów, więc po jakimś czasie byliśmy już w Emeku, w Merhawii, o której pisałem. Wieczorem, gdy Buchner gdzieś łowił Jariego, siedziałem w całej gromadzie kibucników w jadalni kolektywu. Ktoś mnie spytał: — A co w świecie słychać?

Omal nie dałem mu jakiejś zbywającej odpowiedzi, gdy naraz przypomniałem sobie tego dolara. Cały zmysł dziennikarza, człowieka, którego radością jest dostarczenie najświeższej, najsensacyjniejszej wiadomości, którego wielkim dniem są dnie nadzwyczajnych dodatków, zbiegł się w jedno brzemienne zdanie:

„Wielkie, ogromne zdarzenie: dolar spadł dziś o dwadzieścia procent!”

Była krótka na mgnienie oka chwila pauzy, w którą jednak nie wpadło żadne zapytanie. Więc dalej, jakbym te pierwsze słowa bił w gazecie największymi tytułowymi czcionkami, puściłem za nimi śladem rozstrzelony tłusty druk sensacyjnych depesz. Jakby dyktując naprawdę nadzwyczajne wydanie pisma. Że z dwudziestu siedmiu piastrów jeszcze wczoraj, jeszcze dziś rano, spadł dolar — dolar — na dwadzieścia trzy, że zniżkuje dalej. Że jest to ni mniej, ni więcej jak wejście Stanów Zjednoczonych — Stanów Zjednoczonych! — w inflację. Że to, co uczynił prezydent Roosevelt, to nie wszystko, gdyż właśnie jutro przejdzie w Kongresie ustawa, nadająca mu w dziedzinie polityki pieniężnej dyktatorskie uprawnienia. Że nastała panika wszędzie, gdzie tylko trzymano dolary, że krach wszystkiego, co na niewzruszalności dolara, jak na dogmacie, oparło swe rachuby...

I nic. Po prostu, najwyraźniej, najzupełniej — nic. Żadnego wrażenia.

W chwili tej nie byłem tylko zaskoczony. W chwili tej dostałem po nosie. Wszystkie moje dziennikarskie ambicje na punkcie tym, że wiem, co interesuje czytelnika, że potrafię odróżnić sensację od nudziarstwa, rozbijały się o ten milczący, wyczekujący — „no i co poza tym?” — spokój kilkunastu kibucników. Byłem jak zmyty. Ale jednocześnie spostrzegłem, że oto dokonuje się rzecz może ważniejsza nawet od tego, że dolar spadł o całych dwadzieścia procent.

Na kibucnikach z Merhawii wiadomość o spadku dolara dalej nie uczyniła wrażenia. — Tak, dolar spadł? — mówiło paru. — Panika w Europie z tego powodu? — Te takie mniej więcej refleksje były jedynym odzewem sensacji, którą w tej samej chwili huczały stolice świata. Wiadomość, że Ordonka wybiera się podobno do Palestyny, zrobiła nieco potem wrażenie bez przesady tysiąc razy większe. Po kibucach często koncertują wybitni artyści.

Nie wiem, czy do wspomnienia tego muszę dodawać coś więcej. W chwili, gdy szedł światem krach waluty amerykańskiej, nie miałem przy duszy ani jednego dolara, nie mieli moi najbliżsi. A jednak jeśli nie zrobiło to na mnie tego wrażenia jak rzecz, która osobiście i bezpośrednio dotyczy, to robiło jednak takie wrażenie jak odległe, obce katastrofy, jak (również niespodzianie przybyła) wiadomość o zestrzelaniu Szanghaju przez flotę japońską, jak wiadomość o wielkim wybuchu Krakatau, trzęsieniu ziemi, morzu w Tybecie. Na tych ludziach nie zrobiła wrażenia żadnego.

A przecież należeli oni do narodu, który najczulej, najsilniej reagował w tym samym momencie na tę samą wiadomość. A przecież ich krewni — może bliscy krewni? — nie tylko na ulicy Gęsiej lub w Nowym Jorku, ale we wszystkich Oszmianach, Sędziszowach reagowali jak na wielką, epokową wiadomość. Słowa „spadek dolara o dwadzieścia procent” szarpały aż do pęknięcia samego najskrytsze struny ich psyche. W kolektywie z Emek Izrael te same słowa szukały daremnie owej struny, może zasuniętej za inne, może zapomnianej. Szukały, nie znalazły.