Gdzie indziej pisałem: Żydzi w Palestynie piszą, mówią i myślą nie w „żargonie”, a w języku, który był językiem martwym na kilka wieków przed łaciną. Dziś odrodzenie łaciny jest utopią, odrodzenie hebrajszczyzny faktem. Prosiłem Cię, Czytelniku, jeśli chcesz z faktów tego reportażu wyrobić sobie pewne pojęcie o tym, co się dzieje w nowej Palestynie, o zwrócenie uwagi, jak wiele ofiar wymagało tego rodzaju wskrzeszenie języka.
Na tym miejscu polecam Twej uwadze zdarzenie przeze mnie opisane. Daję je zamiast długich wywodów w odpowiedzi na pytanie, czy Palestyna coś w tych ludziach zmieniła, czy nie. I co. Na rozpiętości, jaka istnieje między tym Żydem z Nalewek, dla którego spadek dolara był, i musiał być, gromem, a tym Żydem z kolektywu Merhawia, mierz różnicę, mierz wielkość dokonanej przemiany.
Tylko cztery tygodnie
W wycieczce, jaką odbyłem z kolei po regionie „pomarańczowych” kolonii od Tel Awiwu do Hedery i dalej, odwiedziłem mych towarzyszy podróży z „Dacii”. Byli prawie wszyscy, z którymi poprzednio bliżej zżyłem się na statku. Rozdzielono ich co prawda między trzy osobne kibuce, ale wszystkie trzy leżały blisko siebie, dwa nieposiadające jeszcze własnej roli (zwykle dostaje ją grupa po kilku latach pracy robotniczej, najemnej) w bezpośrednim sąsiedztwie. Na te odwiedziny cieszyłem się bardzo, zostałem też przyjęty jak stary, dobry towarzysz. Ale znowu się pomyliłem. Idąc do nich liczyłem z góry na szereg dłuższych dyskusji na temat życia kibucowego, oczekiwałem tego wszystkiego, co można oczekiwać po ludziach, którym wreszcie dano urzeczywistnić ich teorie życia. W chwili, gdy przybyłem do Kfar Saba, kończył się im czwarty tydzień pracy na roli.
Pamiętałem żywe, gorące, zawiłe dyskusje prowadzone wieczorami na statku. Podziwiałem zdolności dyskusyjne, dialektyczne tych ludzi. Spierać się z nimi na argumenty było dziesięć razy trudniej niż w przeciętnej dyskusji u nas. Byli wprost szatańsko biegli. Byli lotnymi, chyżymi umysłami. Pacyfizm, marksizm, spór Stalin-Trocki, Einstein, Spengler, Coudenhove69. Jakaś zdolność odrywania się od wszelkich sympatii i animozji, od rzekomo wielkich, w istocie fragmentarnych zagadnień, osądzanie wszystkiego z jakiejś wyżyny dziwnego abstraktu. Liczyłem na to, co się określa „siła ziemi”. Liczyłem, że ich lotność okrzepnie w zręby kilku prostych, jasnych przekonań, doświadczeń. Tymczasem...
Tymczasem zagabywałem Mojżesza Schamrotha, tego samego z „Dacii”, na bardzo prosty temat: czy się czuje szczęśliwy? Uśmiechnął się tak, że służyło za odpowiedź, ale nagle sposępniał. Może spotkał go tu jednak ciężki ideowy zawód? Otóż zawód spotkał ich wszystkich. Ciężki, wielki zawód. — Wyobraź sobie tylko: przyszliśmy tu z gotowym układem, że dostaniemy od jednego kolonisty do uprawy dwadzieścia dunamów pardesu, a od drugiego obok drugich dwadzieścia. Gałgan daje nam teraz tylko dziesięć!
Była to wielka troska Mojżesza Schamrotha...
W toku tych paru dni goszczenia u nich nie złożyła się ani jedna dyskusja. To nie było tylko to, że schodziliśmy się wieczorami zmordowani, oni pracujący naprawdę ciężko, oczywiście dużo bardziej niż ja. To było po prostu to, że dawne tematy dyskusji, tematy, wokoło których wrzały turnieje polemik, odeszły strasznie daleko poza obręb zainteresowania tych ludzi. Przesłoniła je kwestia budowy szałasów w miejsce namiotów, plan założenia hodowli drobiu już teraz, kwestia nadmiaru dziewczyn, spory z kolonistą i pracodawcą zarazem, plany otrzymania pod samą Hederą lepszych warunków. Horyzont myślowy mych przyjaciół zwęził się w sposób przeraźliwy: kiedyś Mojżesz Schamroth ogarniał wszechświaty, a czas liczył na tysiąclecia. Dziś można najdosłowniej powiedzieć, że zacieśniło się wszystko do obszaru, który od sześciu hektarów nie był większy.
Był to niezwykle dziwny i ciekawy proces. Jest to jakby schłopienie inteligencji. Bo ludzie ci, niezależnie od swego formalnego, dyplomowego wykształcenia, byli rasową, klasyczną inteligencją, lotną, śmiałą, niepraktyczną w swych koncepcjach politycznych, rewolucyjną w teoriach, szukającą gdzie i co burzyć. To była taka pepiniera, jak pepinierami sowietyzmu były studenckie „stancje” rosyjskie, jak Podchorążówka Wysockiego dla 1831 roku, burszenszafty dla niemieckiego zjednoczenia. To było pełne procentów 100 rozhulanej szeroko teorii, która wreszcie wykipiała w łożysko idei syjonistycznej i tym łożyskiem, dalej kipiąc, dalej się burząc, zbiegła na kawał ziemi pod tym Kfar Saba — i tu wsiąkła.
Schłopienie dokonało się z dnia na dzień. Nie dokonało się żadną rewolucją, żadną „rewizją” pojęć. Nie, najzupełniej nie. W zasadzie Mojżesz Schamroth pozostał marksistą, w zasadzie podpisze się pod każdym z swych poglądów z „Dacii”. Ale dla tych rzeczy stracił zainteresowanie. One go już nie obchodzą. W tym nieobchodzeniu tkwi jednak coś bardzo wielkiego: załamała się cała dynamika rewolucyjna Mojżesza Schamrotha. Ta dynamika, która w nim urodziła się za dni getta, krzepła buntem wewnątrz kapitalistycznego, antysowieckiego społeczeństwa, która przetrwałaby lata więzienia i policyjnej inwigilacji, załamała się po czterech tygodniach pracy... w kolektywie. Na „Dacii” zastanawiałem się nad tym, czy idea religijna nie stanowiłaby dla tego młodzieńca przeciwwagi jego marksizmu, zastanawiałem się, czy jest jakaś idea zdolna „przelicytować” jego ideę obecną. Okazało się, że na to wystarczyła siła ruchu, w który sam, jakże niebacznie dla swej rewolucyjności, poszedł. Jeżeli operuję dziejami Mojżesza Schamrotha, to nie znaczy to, by odnosiło się to tylko do niego samego. Absolutnie ten sam proces dotknął wszystkich. Ale Mojżesz Schamroth miał drogę do przebycia najdłuższą.