Jakie będzie znaczenie tego foktu? Nie wiem. Wszelkie statystyczne rachuby zawodzą. Pisząc o Palestynie, cały szereg autorów oparł się na statystykach bardzo dowolnie branych. To, co cytuję — to ostatnia, oficjalna, statystyka angielska. Czy jest fałszowana, przekręcana? Nie wierzę, bo nie widzę racji jej takiego fałszowania. Fałszowanie to jest bowiem najwyraźniej dla Żydów korzystne, a jako takie musi obudzić czujność Arabów i zwrócić ją przeciw Anglii, za rządów której dokonuje się ten pochód Izraela. Nie. Inna rzecz, czy statystyka jest nauką dość dalekowzroczną, by z dnia dzisiejszego ogarniać horyzonty roku 1953. Ale ze wszystkich statystyk palestyńskich najpewniejsza jest właśnie ta.
Trzeba się tylko wczuć w żydostwo, wczuć poprzez pryzmat syjonizmu, by zrozumieć, co znaczy to obliczenie Millowskie. — To więcej niż deklaracja Balfoura81!
Czymże bowiem był ów słynny list angielskiego ministra do „Drogiego Lorda Rothschilda” o tym, że „rząd Jego Królewskiej Mości odnosi się przychylnie do założenia w Palestynie narodowego home’u żydowskiego”? Ten akt, który dla Żydów jest wydarzeniem epokowym, czyż nie jest czymś bladym w porównaniu z tym, co na jego podstawie wyrosło, i czymś ogromnie małym wobec tej jasnej, sprecyzowanej, fundowanej na cyfrach zapowiedzi: „Przyjdzie dzień, gdy będzie Was tylu, ilu Arabów. Stanie się to w roku 1953”?
Deklaracja Balfoura była wielkim aktem dziejowym. Jeszcze wrócimy do deklaracji Balfoura. To było rzucenie promyka nadziei syjonizmowi politycznemu. To było rozwieszenie ponad wszystkie getta diaspory wielkiej tęczy nadziei. Ale to była także jedna z tych licznych obietnic, jakimi w latach 1914–1918 szafowały na lewo i na prawo obie strony wojujące. Ale to był akt wychodzący ze stampilą Foreign Office, akt podpisany przez dyplomatę, cały w dyplomatycznych omówieniach, zastrzeżeniach, niedomówieniach. To, co dziś obliczył E. Mills, jutro każdy sprawdzić i obliczyć może. To, co się widzi w tym kraju rosnącym w oczach — to może widzieć każdy, kto tu tylko przybyć zechce. To są rzeczy namacalne, wyraźne. Żeby ziścić deklarację Balfoura, trzeba było aż wielkiej wojny i jej wygrania przez Anglię. Dziś, żeby odwrócić to, co przewiduje Mills, trzeba by nowej wielkiej wojny — i przegranej Anglii.
*
Ilu Żydów pomieści jeszcze Palestyna?
I znowu jest to pytanie, na które nie ma pewnej odpowiedzi. Jedną tylko dać naprawdę można: tylu, ilu tylko Żydów się tam dopuści. Tej odpowiedzi nie dał mi bynajmniej polski członek egzekutywy syjonistycznej. Tę odpowiedź zebrałem sobie ja sam z tysięcy przeróżnych odpowiedzi na to samo pytanie: Wedle jednak przypuszczeń i obliczeń najzupełniej bezstronnych, Palestyna może pomieścić od trzech do pięciu milionów Żydów. Palestyna z Transjordanią. Nie są to cyfry przesadne. Są to raczej cyfry niedostateczne.
W chwili obecnej jeszcze zaludnienie i Palestyny, i oddzielonej od niej Jordanem Transjordanii jest bardzo słabe. Wszystkie obliczenia co do pojemności Palestyny datujące się sprzed paru lat, a negujące jej możliwości kolonizacyjne, są oparte na dwóch przesłankach: że Palestyna będzie krajem rolniczym, że Palestyna nie dokona melioracji „handlowo nieopłacalnych”. Zdaje się, że już pokazałem, jak grube uczyniono tu pomyłki: przecież Palestyna najwyraźniej rozbudowuje się także na kraj przemysłowy, przecież taki Tel Awiw i Hajfa są tego bijącymi w oczy dowodami, przecież Rutenberg ze swym „wielkim planem” wytrąca ów, zdawałoby się, nieodparty argument, że wszelki przemysł stoi na węglu, którego Palestynie brak! Ale jeżeli twierdzenie, że Palestyna może być tylko krajem rolniczym, jest już pomyłką grubą, to liczenie na to, że w Palestynie jak w reszcie świata nie będzie się dokonywało inwestycji „handlowo nieopłacalnych”, jest jako pomyłka istną Grubą Bertą82. Rozmija się przede wszystkim z celem, dla którego kolonizowano Palestynę: ten cel — powiedzieliśmy — nigdy handlowym nie był. Kolonizowania Palestyny nie można porównywać do kolonizowania Ameryki czy Australii. Palestynę kolonizowano niehandlowo i dlatego dokonano szereg melioracji, które się nie opłaciły, ale też były czynione za pieniądze funduszy niedbających o opłacalność. A zresztą... ileż tych „nieopłacalnych” opłaciło się sowicie?
W żadnej części reportażu jak w tej nie bałem się, by moje słowa uznano za dyktowane przesadnym optymizmem. Czuję bowiem to, czego Czytelnikowi oddać nie jestem w stanie: ogromny dystans między tym, co w Palestynie widziałem, a tym, co o niej myślałem przedtem. Wówczas moje myśli i wiadomości o Palestynie nie odbiegały od myśli i wiadomości o niej przeciętnego Polaka. Czy dziś od nich odbiegły — niech to Czytelnicy sami osądzą. Ale jeżeli odbiegły, to dlatego, że pięć tygodni dziennikarskiej włóczęgi po tym kraju odgięły jakby stalowymi obcęgami linię mych dawnych myśli. Trzeba Palestynę widzieć, by zrozumieć, ile się mieści prawdy w zapewnieniu, że nie ma takiego kawałka ziemi, którego by tam kiedyś pod uprawę nie wzięto. Dziś całe skaliste zbocza gór ujmuje się w małe terasy, które zapełnia się ziemią i obsadza winem. Na takich w części terasach leżą słynne już winnice Karmelu. A zresztą... Gdy mi ktoś powie: przecież Palestyna to piaski, na których nawet kartofle nie wschodzą, mam już dla niego odpowiedź: „Ma pan rację. Są tam takie piaski czerwone, na których kartofle wschodzą okropnie nędznie, ale za to właśnie na nich rosną pomarańcze i dają trzy razy lepszy dochód z hektara ziemi niż najlepsze gleby proszowskie. Widziałem także i inne jeszcze piaski: akurat na nich postawiono kilkudziesięciotysięczne miasto”. Otóż nie twierdzę bynajmniej, że na wszystkich łachach powstaną pardesy i Tel Awiwy, ale niemniej stwierdzam, że ludzie, którzy już całe latyfundia nieużytków potrafili odebrać pustyni, potrafią odebrać jej i resztę.
*