Już po mym powrocie do kraju „Manchester Guardian” podał, że dziewięćdziesiąt procent przemysłu farmaceutycznego angielskiego zaopatruje się z Morza Martwego. Palestine Potas Co., wielka spółka kapitałów anglo-żydowskich do eksploatacji bogactw mineralnych tego przesyconego nimi jeziora, pracuje zaledwie od kilku lat. Obok centrali Rutenberga jest to największy zakład przemysłowy Palestyny — i podobnie jak centrala Rutenberga dzieło będące dopiero w zaczątku. Bogactwa Morza Martwego, które również Anglicy ocenili cyfrowo, są nieprzebrane. Stagnacja na rynkach Europy nie pozwala Palestine Potas Co. rozwinąć się na zamierzoną skalę. Są to rzeczy, które czekają.

Są to rzeczy, które czekają, podobnie jak pomarańcza nie jest ostatnim hasłem palestyńskiego rolnictwa. Przyjęcie się w Palestynie grapefruitu, który w świecie anglosaskim staje się artykułem codziennej potrzeby, spowodowało powstanie grapefruitowych pardes. W porównaniu z pomarańczą jafską ich rola jest jeszcze minimalna. Ich przyszłość może być jeszcze większa; jeżeli pomarańcze miały do zwalczenia w Europie konkurencję włoską (nawiasem mówiąc, poszło im to łatwo), to konkurencję Palestynie robiłaby przeważnie... Kalifornia. Obliczona już i tak na rynek amerykański, jest ona mniej groźna. Wreszcie mówi się dziś w Palestynie o uprawie grapefruitu afrykańskiego, który podobno ma się udawać właśnie na gruntach o pewnej zawartości soli. W ten sposób zadrzewienie pobrzeża basenu Morza Martwego czyż byłoby rzeczą dokonaną? Może... To pewna, że w Palestynie na jedną rzecz chyba skarżyć się nie można, na brak inicjatywy inwestycyjnej. Nie wiem, czy jest drugi kraj, gdzie jest jej tak wiele. W tym małym kraju skondensowała się ona doprawdy tak jak te sole i chlory, i magnesium, i co tam jeszcze w szklistej i ciężkiej od nich toni Morza Martwego... Prze ku jasnej dacie żydostwa: ku rokowi tysiąc dziewięćset pięćdziesiątemu trzeciemu.

*

Tego wieczoru opuściłem późno mieszkanie przywódcy Mizrachi. Nie wiem, czy żegnając mnie przypuszczał, że w niecałe pół godziny potem znajdę się w pokoju, gdzie już z żadnej półki nie wyciągnę staroświeckiej powieści Korzeniowskiego, ale wszelkie nadzieje żydowskie przekreślać i przełamywać mi pocznie szaleńcze veto arabskie...

Oczyma młodego islamu

Jeżeli Palestyna stanowi u nas, przy całym okropnie powierzchownym „zainteresowaniu się” sprawą żydowską, wielką nieznaną, to poglądy, jakie istnieją dotąd na jedną z najważniejszych kwestii osadnictwa żydowskiego w Palestynie, tzw. kwestię arabską, są horrendalne w swej niewiedzy. Walkę Arabów z kolonizacją żydowską tłumaczą nasze symplaki83 jako odpowiednik ich własnej walki z żydostwem. Prawdopodobnie — rozumują — Żydzi w Palestynie tak samo wyciskają pieniądze z kraju, tak samo małżeństwami mieszanymi zatruwają rasę, odbierają chleb robotnikowi, tak samo opanowali handel. Wielki mufti w konstelacji palestyńskiej to tyle co „wielki oboźny”, a perfidne Angliczany, niczym druga sanacja, po to właśnie istnieją na tym świecie, aby powstrzymywać dzielnych Arabów, którzy bez tego zrobiliby Żydom „kęsim”. Jest to oczywiście groteskowe przedstawienie tych poglądów, ale takie mniej więcej u nas kursują. Są zaś najzupełniej błędne. Samo porównywanie antysemityzmu Arabów z naszym, niemieckim czy nawet rosyjskim to najfatalniejsza pomyłka, jaką można tu w ogóle zrobić. Przede wszystkim antysemityzm arabski nie istnieje sam z siebie i za siebie. To, co przed jedenastu laty pisał znakomity badacz starożytnej Palestyny, ks. Szymański T.J., jakoby Arabowie uważali chrześcijan za swoich „braci”, Żydów zaś za swoich „psów”, jest nonsensem. To, co nazywamy potocznie antysemityzmem arabskim, nie jest niczym innym jak tylko częścią, i to nawet nie częścią najbardziej aktywną, zadrażnioną, tego, co tak świetnie zobrazował E. Kisch w swym Asien gründlich veraendert, antyeuropeizmu ludów islamu i Azji.

— Kwestia żydowska u nas, taka jak kwestia żydowska w Niemczech, gdzie studiowałem, w ogóle nie istnieje. — Tymi słowami rozpoczął mi swój wykład młody inteligent arabski, dyplomant84 jednego z największych uniwersytetów europejskich, i zajmujący w Palestynie bardzo znaczne miejsce. — Tak samo jak dla nas, Arabów, nie ma osobnego „problemu Palestyny” lub nie ma osobnego „narodu palestyńskiego”. Kolonizacja żydowska nie jest naszym wrogiem, jest tylko narzędziem, jednym z narzędzi w ręku naszych wrogów.

Jest to niewątpliwie ujęcie teoretyczne, ale trafne i odpowiadające stanowi rzeczy. Oto co mówią Arabowie: po wielkiej naszej epoce, która się zakończyła z momentem hegemonii Turków w islamie, byliśmy narodem zamarłym w sposób podobny do narodu czeskiego po Białej Górze na przykład. Podczas wielkiej wojny poszliśmy przeciw Turcji wobec obietnicy angielskiej, że ukonstytuujemy się jako niezależne państwo. Znaliśmy nasze siły i angielskie, niestety, przeliczyliśmy się co do wyników wojny: licząc na zwycięstwo angielskiej koalicji, nie liczyliśmy na tak pełne i tak wielkie. Sądziliśmy, że wojna skończy się pokojem kompromisowym, w którym uda się nam zostać j państwem położonym między dwiema grupami zaborczych mocarstw i utrzymać dzięki temu swą niepodległość, jak utrzymują ją w Azji Syjam lub Persja.

Jak wiadomo, stało się inaczej. Bezapelacyjne zwycięstwo Anglii (w Europie nie było ono tak kompletne jak u nas) pozwoliło jej urządzić Arabię wedle swoich planów. W planach tych oparto się na strukturze Indii z czasów po powstaniu sipajów85, a przed podniesieniem ich do rzędu dominium. Wykrojono kilka państw, które, mniej lub więcej potrzebne Anglii, stały się od niej mniej lub bardziej zależne. Syrię oddano Francji. Arabii jednoczonej, jaką była pod rządami Turcji, obiecywano Arabię Niepodległą, dano zaś w rezultacie rozbiór Arabii i „niepodległość” będącą bluffem. Obietnice były zbyt świeże, by nie wywołać reakcji zawiedzionych. Reakcja ta zmusiła okupantów anglo-francuskich do szukania punktu oparcia wśród ludności. Rozpoczęło się wyszukiwanie plemion, religii, ras „mniejszościowych”, opiekowanie się nimi celem wygrywania ich przeciw arabskiej większości.

Był to dziesięcioletni okres pierwszej walki niepodległościowej arabskiej. Okupanci chwytali się różnych sposobów: w Syrii wyszukano zarabczonych potomków rycerzy krzyżowych i starano się zrobić to, co nazywali ozdobnie komisarze francuscy: les fils dociles de la France86. To samo czyniono z Maronitami, to samo z paroma innymi plemionami lub ze zgoła arabskimi szczepami. Sprowadzono niewyrżnięte resztki Armeńczyków spod jarzma tureckiego i stworzono z nich mniejszość. Anglia nie pozostała w tyle. W Iraku wskrzeszono „Asyryjczyków” chrześcijan i wygrywano ich przeciw Arabom. To samo czyniono z innymi narodzikami. Arabowie w ciągu dziejów ani nie islamizowali ludności, ani jej nie asymilowali. Stąd narodziki i kulty dowegetowały tu przez długi ciąg wieków i na nich poczęto wznosić dzieło rozbicia Arabii.