— Mama, was sind das — Juden104?

— Billige Bleisoldaten; deine sind viel, viel bessere105 — uspokoiła ciekawość matka.

Pierwsze lata berlińskiego gimnazjum, choć nie były to bynajmniej czasy obecnego roznamiętnienia, powiedziały dzieciom o Żydach i żydostwie mniej więcej wszystko. Szkoła, w której uczyli się obaj chłopcy, skupiała bardzo duży procent synów z zamożnych zasymilowanych rodzin żydowskich Berlina. W siódmej klasie gimnazjalnej ci młodzi chłopcy, z których domów dawno wymieciono ostatnie ślady semickiego pochodzenia, poczuli się Żydami całą siłą swej duszy. W tych chłopcach, wypielęgnowanych w czystości, wygodzie i luksusie, separowanych od kontaktu z żydostwem z nie mniejszą troskliwością niż od kontaktu z tym wszystkim, co mogłoby szkodzić np. zdrowiu, obudziła się niespodziewana tęsknota, chęć powrotu do zupełnie im już nieznanej religii ojców. — Chcieliśmy wrócić do niej, pozostając nadal ludźmi współczesnej kultury — powiedział w tym miejscu nasz towarzysz. Robią więc wycieczkę do Polski, bo słyszeli wiele fantastycznych wprost historii o jej getcie, którego już w Niemczech nie ma. Pamiętam, jak podkreślił wtedy, że chodziło im o religijne (religiöse) getto. Wędrują po Mławach i Sochaczewach, po chederach i jesziwach. Mówią ze starymi rabinami i z ich uczniami, ze swymi rówieśnikami, z którymi nie mogą już odnaleźć wspólnego duchowego języka. Opowiadał nam, jak patrzano na nich na pół nieufnie, na pół ciekawie. — Dann aber kehrten wir zurück; in dem Ghetto war nichts zu suchen106.

Ten socjalista mówił ostatnie słowa z bardzo głębokim przekonaniem, ale jak gdyby i z żalem. Ci, co w roku 1926 wybrali się z Berlina do Mławy, nie rozstali się już po powrocie. Jako studenci stają się duszą pewnego stowarzyszenia, które po niemiecku łączy cechy organizacji krajoznawczo-turystycznej z ideową. Jej nazwa brzmiała — nie ręczę za dokładność — Deutsch-Jüdisch Wander-Verein107. Pamiętam w każdym razie, że w jej tytule było deutsch-jüdisch108 i że właśnie pierwszeństwo tego deutsch przed jüdisch podkreślał mi jeszcze opowiadający. A więc asymilacja. Asymilacja — ale o pewnym podłożu ideowym. Asymilacja synów chciała być czymś innym niż asymilacja ojców z ich choinkami na Boże Narodzenie i unikaniem myśli o Żydach. Na gruncie tej organizacji i poza nią rozwinęli szeroką akcję wśród młodzieży. Był to wielki zbiorowy wysiłek nad zasklepieniem owej szpary, której nie było jeszcze dla nich w epoce Kinderstube i Bleisoldaten, ale która rosła wraz z nimi w coraz to większą szczelinę na jednolitej dotąd ścianie społecznej asymilacji niemiecko-żydowskiej. W generalnym jakby skrócie, w ślad za urywanymi, streszczającymi zdaniami przebywaliśmy tak cały okres studiów zamożnego chłopca w Niemczech ostatnich lat. Starcie z potężniejącą falą antysemityzmu. I naraz na końcu tej długiej drogi coraz ciaśniejszego i coraz słabiej rozświetlającego rosnące wkoło mroki chodnika asymilacji — wielkie światło. Ruchy społeczne. Marks. Kojarzyło się w nich zrazu wszystko: i wytłumaczenie walk, które wiedli z szowinizmem, i wytłumaczenie społecznego celu pracy. Przyczyny zła, drogi ratunku. (Nie mówił tego wyraźnie, ale czułem, że wtenczas i on, i oni wszyscy poczęli szukać jakiegoś moralnego usprawiedliwienia własnej zamożności w obliczu nędzy innych). — Matka kochała nas bardzo i dawała nam wszystko, cośmy chcieli. Ale gdy trzeba było pieniędzy na pismo, któreśmy wtedy wydawali, na prace organizacyjne, musieliśmy dawać do zrozumienia, że to na długi w nocnych lokalach.

Marksizm był tylko etapem przejściowym całej grupy i obu braci. Rozłam — raczej rozejście się — rzucił część ich ku komunizmowi. Część ku syjonizmowi. Wiosną roku 1931 grupa syjonistyczna stanęła w Palestynie. Stała się zalążkiem niemieckiego kibucu.

*

W tym właściwie niezmiernie prostym opowiadaniu były jednak takie akcenty, takie, jak by powiedzieć, podkłady czy odcienie, których niestety nie ujmie najwierniejsze i najstaranniejsze streszczenie, na które trzeba by talentu powieściopisarza. I wtedy już, gdy mówił, i potem, kiedy pożegnawszy go skręciliśmy w lewo ku czerwonym dachom Daganii, miałem wrażenie, że to wszystko budziło we mnie pewne zdziwienie, pewne „ach, więc to było tak?”, a zarazem i pewne, równie nieokreślone jeszcze, reminiscencje.

1. Ten młody człowiek, można by powiedzieć, znalazł się w życiu po raz pierwszy sam wtedy, gdy nas spotkał. Dotąd wszystkie reakcje duchowe, wszystko, co czynił, wszystkie procesy ideowe i kryzysy, które przebywał w życiu, przebywał w całej grupie, w całym zespole. I zwrot do religii, i powrót do asymilacji, i socjalizm, i syjonizm — przez wszystko to przechodził z innymi.

2. Nad tymi młodymi ludźmi, moimi rówieśnikami z innego kraju i narodu, zawisło jakby sokratyczne dajmonion109 doktora Judyma110, ale już o pewnym pozytywnym, nie przeczącym tylko, sensie, w formie duchowego imperatywu, musu. Ten imperatyw rzucał nimi dosłownie w różne strony, aż wreszcie rozbił ich rodziny i dom. Pozwalał porzucić wszystko z tym niezmąconym spokojem, który odgadywałem u mego przypadkowego towarzysza, porzucić bez cienia walki ze sobą, porzucić, jak się porzuca znoszone ubrania lub książki, od których ducha już się odeszło. Ten młody człowiek doskonale zdawał sobie sprawę, czym i on, i brat jego byli dla swej matki; ale dla nich obu była ona bodaj przede wszystkim matką od Bleisoldaten, tą, która łatwiej dawała pieniądze na bumblerkę niż na ich pismo. Odchodząc od niej, uczynili to z tym wielkim, niezmąconym spokojem, który istnieje u dzieci idących do klasztoru i który, przynajmniej dla mnie, ma w sobie prawie zawsze coś z podskórnego okrucieństwa.

A przecież nie te dwa momenty uderzyły mnie najbardziej. Oto wtedy na drodze polnej z Tel Or do Tyberiady spotkałem pierwszego w moim życiu młodego człowieka, mego rówieśnika, z Niemiec, z Zachodu. Słyszałem o nich i czytałem bardzo wiele. Wiedziałem, że — do bardzo niedawna — ich klasa społeczna, ta sama co moja, nie uległa tej co u nas pauperyzacji wojennej. Uczono nas, że panuje tam ogromna, zupełna swoboda, w każdej dziedzinie i dla wszystkich. Przyzwyczajono do myśli, że jest to świat bez burz i zgrzytów, urządzający życie jak wnętrza mieszkania: z troską o komfort, zajęty jedynie racjonalizacją jak najpełniejszego, jak najradośniejszego pochłaniania całej urody życia. Przeogromna swoboda, „łatwość” stosunków płciowych. I naraz, po tym wszystkim, słucham takiej żywej, szczegółowej relacji jednego z tych, o których się pisało. I wszystko, co mówi, jest przeciwieństwem tego, co pisano. Ta cała młodzież, ta z pierwszego planu opowiadania i ta z drugiego — hitlerowcy — wszystko jedno nawet która, to przecież ludzie, których troska życiowa jest odwrotnością tego, co nam mówiono. Doskonale pamiętam, jak jednego z mych przyjaciół w lekturze Miłości koleżeńskiej Bedela uderzyło najbardziej nie to, że chacun a sa chacune, ale po prostu to, że na każde studenckie couple przypada co najmniej — jedno auto. Mogłem najwiarogodniej sądzić, że mój towarzysz mógł je mieć — a może i miał nawet — i mogłem stwierdzić, że auto i reszta to były rzeczy, które na giełdzie jego młodości nie liczyły [się] wcale.