Z opowiadania młodego Żyda buchnęła nagle erupcja całego krateru sił walczących i niszczących, ale tworzących również. Wszystko jedno, czym było, jak się zwało — odrodzeniem religijnym czy bezbożnictwem, pacyfizmem czy militaryzmem, komunizmem czy nacjonalizmem. Na Zachodzie, któryśmy chcieli widzieć w pogodzie i „bez zmian”, tuż za naszą miedzą wrzało coś, co bardziej niż wiek temu miało prawo do nazwy Sturm und Drang Periode111.

Młody Żyd niemiecki, socjalista i syjonista, był już, gdyśmy go poznali, człowiekiem mającym poza sobą cały okres tej burzy. Odnalazł już wtedy, co szukał, i nie pragnął poznawać nowych dróg. Myślę jednak, że gdyby teraz właśnie mógł wziąć do ręki Wyznania św. Augustyna, odnalazłby jednak w tej małej książce, w jej początku zwłaszcza, bardzo wiele z siebie i bardzo wiele ze swoich towarzyszy drogi. Poprzez przepaść wieków i celów.

A daemonio meridiano...

Temu jeszcze akurat dziewiętnaście lat, a nawet dużo mniej, pan Szymon K. nigdy by nie przypuszczał, że będzie czynił z pomarańcz tak nieprawdopodobny i egzotyczny użytek jak sadzenie ich. Ale temu dziewiętnaście lat był po prostu rok 1914 i wtedy pan Szymon był kasjerem u jednego z moich krewnych na wsi. Codziennie po śniadaniu defilował przez dawno już będące w ruchu podwórze i zabierał się do pracy w dużym, czysto bielonym i dość pustym pokoju, gdzie zimą bywało chłodnawo z racji stałych defektów pieca, latem zaś dobrze gorąco i „much dostatek”, choć wieś ta leżała na Podolu, nie na Litwie. I niezmiennie, wiosna czy jesień, wypełniał tu zawiłe rubryki różnych ksiąg rachunkowych drobnym, starannym pismem. Był przez wszystkich we dworze i na folwarku, i w okolicy nie tylko szanowany, ale i szczerze lubiany. Pana Szymona uważano za akuratnego, pewnego pracownika, za spokojnego, oddanego rodzinie człowieka. Być może, siedziałby w tym domu do samej śmierci, a na pewno tak długo, jak tylko by chciał, gdyby nie wojna i wszystko, co po niej przyszło. Jakoś ocalał pan kasjer i dostał się do Polski. Przez kilka lat pracował w dużym majątku pod Przemyślem. W roku 1924 czy 1925 zjawił się u swego dawnego „chlebodawcy” w Warszawie i powiedział, że jedzie do Palestyny.

— Jak to? — spytał mój wuj nieco zdziwiony. — I cóż pan tam będzie robił? Buchalterii Arabów uczył?

— W Palestynie dają ziemię pod kolonizację — zaczął rozpowiadać kasjer — po dziesięć hektarów na rodzinę...

— I pan będzie orał, siał, żął?

Pan Szymon przytaknął.

— A czy pan raz w życiu pługa się dotknął?

Pan Szymon, jak wieść niesie, również przytaknął — ale bardzo niepewnym głosem. Coś było jednak w tych odpowiedziach takiego, że już go więcej nie pytano.