— No — rzekł wuj — niech się panu lepiej powiedzie niż u nas...

I pan Szymon wyjechał. Pisał, że kartofle drogie, a pomarańcze strasznie tanie. Że ciężko. Że już w kwietniu tak duszno, jak na Podolu nie bywało nigdy w lipcu.

Potem przestał pisać, a może mu nie odpisano. Niewiele lat minęło od tego czasu, ale wiele się zmieniło. Trzeba było wreszcie, aby ktoś z domu, przy którym pan Szymon przepracował tyle czasu, sam pojechał do tego kraju, z którego jedni się naśmiewali, a inni uczynili po raz wtóry ziemię obiecaną.

*

Siedzę z panem Szymonem przed jego domem w niewielkiej młodej kolonii Nahlat Jehuda. Dom jest taki jak wszystkie tu domy drobnych kolonistów prywatnych, osadzonych na ziemi funduszów narodowych, tylko jedna jego ściana zgrubiała u dołu w obieloną chłopską przyzbę — taką samą, jakie bywały niegdyś na Podolu, z tą wszakże różnicą, że zbudowaną od północy, nie od południa. Przez te dwie godziny powiedzieliśmy sobie wszystko, cośmy powiedzieć mogli. Z dawnych czasów nie pamiętałem już wcale wyglądu pana Szymona; teraz, patrząc na niego, przypominam go sobie powoli. Musiał się bardzo zmienić; z pewnością nie miał wówczas ani tak śniadej, prawie rumianej twarzy, ani tak białej, jak u starych ludzi, siwizny. Tylko zdaje się, że jest bardziej żywy, niż był. Wraz z żoną pytali o tylu dawnych znajomych — i coraz częściej w tych pytaniach pokrywali długim milczeniem braki. Do jednego nazwiska wciąż powracał, o jedno pytał jeszcze wiele razy. — Taka szkoda, panie... ej, taka szkoda... — A potem pokazywał mi swój ogród, pełen pomarańczowych drzewek o cienkim pniu i o metr niespełna nad ziemią burzy jaskrawozielonych liści. I nawadniania, i wszystko. Tylko w pole mnie nie prowadził, bo, jak mówił, takiego jak na Ukrainie już pan tutaj nie zobaczy. Mówiliśmy i o sytuacji finansowej, można by powiedzieć, że pan Szymon okazał się najlepszym buchalterem, gdy kupił kartę okrętową do Jafy. Dziś jest zamożnym człowiekiem. Za ziemię, którą kupował po sześć funtów, płaci się w tych stronach po trzydzieści osiem. Pomarańcze owocują dobrze, grapefruity jeszcze lepiej. O, teraz jest dobrze w Nahlat Jehuda... Ale nie zawsze tak było.

Pijemy herbatę pod drzewami, moi gospodarze opowiadają. Gdy ich osadzono w roku 1924, nie było tu nic. Trochę drzew i wydmy. I studnia. Studnia już była. Żydowski Fundusz Narodowy osadził w Nahlat kilkanaście rodzin, dał ziemię, nieco inwentarza, podtrzymywał. Ziemia pozostała własnością Funduszu, ale koloniści mogą ją eksploatować jak właściciele, tylko sprzedaż podlega przepisom Funduszu, mającym na celu zapobieżenie spekulacji. Nie wolno im używać siły najemnej. Pracowali więc sami wraz z dziećmi. To wszystko zrobili oni sami. Pan Szymon, gdy tu przyszedł, miał lat czterdzieści dziewięć, w tym trzy ciężkie lata rewolucji rosyjskiej i wojny. Pan kasjer, który młode lata i wiek siły przesiedział na krzesełku w oficynie, zgięty nad księgami rachunkowymi lub inwentarzem, pan kasjer, który przychodził do pracy gdzieś o dziewiątej, zrywał się teraz o czwartej rano i okopywał przez długie godziny czerwone piaskowe wzgórze. On to zasadził tu paręset drzewek, poprzekopywał rowy nawadniające, obetonował je, zbudował oborę, orał, siał, żął. Żyd, który długo jeszcze po ucieczce z Rosji doznawał nerwowego wstrząsu na każdy niespodziany odgłos, nawet trzaśnięcie drzwiami, przypominające mu huk wystrzałów, stawał tu wieczorami z karabinem na warcie. Mówił o tym wszystkim jak o rzeczy zupełnie naturalnej. Pokazuje ręką na wzgórze, zza którego, podczas ostatnich rozruchów, bronili się przed Arabami. Jego ręce są ciężkie, przypominają krótkie ostrze motyki. Jestem pewien, że były zupełnie inne wtedy, gdy przez dwadzieścia lat przesuwały jedynie lekkie drewniane krążki na drutach liczydła.

Pan Szymon opowiada dalej, ale ja myślę o czymś zgoła innym niż opowiadanie o życiu, które po czterotygodniowej włóczędze znam z dziesiątków innych opowiadań takich samych. Nie, nie to mnie ciekawi. Co mówi pan Szymon, opowie mi każdy tutejszy kolonista. Ale pan Szymon może powiedzieć i coś takiego, czego mi nie powie żaden młody chaluc. Wszyscy prawie, którzy szli do Palestyny, to byli ludzie młodzi. Wszyscy, którzy tu przyszli użerać się z piaskami o urodzaj, ze skałą — o wodę, z Arabami — o pokój, przynieśli tu młode, najpierwsze siły. Ten zaś człowiek miał za sobą prawie pięćdziesiąt lat życia. Ale to nie wszystko jeszcze, co mógłby mi powiedzieć eks-kasjer. Osobiście pamiętam go bardzo mało, ale z ustnych relacji mych krewnych znam jego duchowy profil z tamtych czasów: to nie był ani ryzykant, ani spekulant, ani jakiś zapaleniec, ideowiec. To był sobie zwykły prosty człowiek, tyle tylko, że nad wyraz porządny i sumienny. Byłby doskonałym małym urzędnikiem. Wiem, że posadę w owym majątku pod Przemyślem mógł mieć zapewnioną do końca życia. To nie wszystko. Widziałem ludzi w wieku pana Szymona, którym tak samo przewrót rosyjski odebrał dorobek całego życia. Bardzo zamożnych i średniozamożnych. W każdym razie zamożniejszych od eks-kasjera? Być może. Ale zamożność pana Szymona to była zamożność wypracowana dużo ciężej, zdobyta dużo większym nakładem energii. Otóż tamci ludzie jakże często wychodzili zupełnie załamani. Prawda, iluż z nich się wybiło, iluż z nich w najgorszych warunkach dokonało istnych cudów. Ale jednak nie popędziło na kraj świata, nie przeobraziło się w prostych kolonistów, w dziesięciohektarowych chłopów. Skąd wzięła się siła w tym człowieku do takiej przemiany? I nie tylko do wytrzymania w tych warunkach, ale i do zwycięstwa?

Aż wreszcie mówię mu o tym wszystkim. Jedno zdanie powiedziałem i burzę je nowym, aby lepiej wypowiedzieć. Chcę, żeby mi odpowiedział w nastroju nie poważnym, nie bohaterskim, ale prostym, dobrodusznym. Więc dla kontrastu kończę tak: — Jest u nas, katolików, taka stara, średniowieczna tradycja. Znali ją zakonnicy odmawiający łaciński pacierz, w którym prosili Boga o ochronę przed tym diabłem, który nasyła pokusę o południu. A daemonio meridiano — mówiła ta modlitwa łacińska. Wierzono wtedy, że o południu przychodzi na człowieka największa pokusa. Południe to nie było jedynie południe dnia. To było także i południe, sam środkowy wiek, życia. Wtedy na ludzi najspokojniejszych nachodzi coś, co robi, że nagle wszystko zmieniają. Coś ich pędzi, rzuca...

I mówiąc to, jestem pewien, że pan Szymon wejdzie w ten na poły żartobliwy, na poły poważny ton, w który chcę go wprowadzić. Że przecząc sile daemoni meridiani, tym samym powie mi, co i jak go jednak aż tu zagnało. Jakież jest moje zdziwienie, gdy eks-kasjer odpowiada najspokojniej:

— A może i jest ktoś taki?...