Tego wszystkiego w tej formie nie powiedział pan Szymon, ale taki był tok jego wywodów. Ten człowiek był człowiekiem o bardzo dobrej pamięci, a bardzo zacieśnionej fantazji — Pamiętał, że miał — przed dwudziestu dziewięciu laty — dwie drogi do wyboru: ryzykowną Palestynę, nieryzykowną Rosję. Poszedł jedną, zawrócił. I nie szukając innych, poszedł drugą. Teraz ta droga nie wydawała mu się niepewna. Teraz, po przejściu dwóch lat przewrotu, nie wydawała mu się zbyt niebezpieczna i trudna. Wszystkie siły, które kiedyś przydusiły w nim żydowski instynkt tęsknoty za Erec Izrael, przestały działać.
Bałem się, że nie zdążę na ostatni autobus do Jafy, więc musiałem się pożegnać. Raz jeszcze pan Szymon poprosił o powtórzenie owej legendy o szatanie południowej pory. W ostatniej jednak chwili znikła dla nas i Palestyna, i wszystkie jej problematy; uścisk podanych sobie rąk przyjęliśmy jak ludzie, którzy wiedzą, którzy zdają sobie sprawę z tego, że jest to ich ostatnie pożegnanie nie z innym człowiekiem, ale z całym światem zaginionych bezpowrotnie ludzi, prac i wierzeń.
Szosy
Od strony morza broni Jerozolimy długi wał górski. Broni jej źle, bo dotąd na niektórych wzgórzach sterczą cyklopiczne ruiny jakichś zamków czy strażnic, o których nikt już nie wie, czy wznosili je Saraceni, czy krzyżowcy. Z najwyższych szczytów wygląda całe pasmo jak stos porozrzucanych i zachodzących krawędziami jedne na drugie potwornie dużych skorup żółwich. Ma ono szary, z lekka w brąz przechodzący, martwy kolor. Jak strumień niewysychający w największe nawet upały wije się przez nie lśniąca i sina wstęga szosy. Tak jest w całej Palestynie. Mam wrażenie, że wyruszywszy wczas z Jerozolimy dobrym autem, można by do wieczora przejechać ten kraj we wszystkich kierunkach, być w Jerozolimie, Jerycho, nad Morzem Martwym, Betlejem, Hebronie, Jafie i Tel Awiwie, stamtąd przerzucić się na północ przez Nahalal i Afulę do Hajfy, z Hajfy dalej na północ do Nazaretu i Tyberiady. Wybredni turyści podziwiają asfalt szos palestyńskich. Wszyscy podróżnicy oddają pod tym względem jednomyślny hołd świetnym rządom Wielkiej Brytanii budującej szosy. W tym momencie administracja angielska skromnie chyli czoła: istotnie, możemy zapewnić, że szosy są w rzeczy samej zupełnie dobre, do budowy nawierzchni głównych szlaków użyto asfaltu, który jest identyczny z asfaltem szkocko-walijskiego traktu.
Ale administracja brytyjska myli się. Asfalt szos do Jerozolimy i Hajfy (gdzie tylko jeden odcinek przedstawia się fatalnie, podobno dlatego, żeby ruch samochodowy nie zgnębił zupełnie kolejowego) jest zupełnie inny od asfaltów walijskich i szkockich autostrad, a także od wszystkich asfaltów świata.
*
Tych szos, które dziś są tu wszędzie, nie było czternaście lat temu nigdzie, a przed jedenastu zanosiło się zaledwie na możliwość zbudowania paru odcinków niezbędnych dla celów wojskowych. Rządy tureckie pozostawiły Palestynie drogi odziedziczone po Solimanie i Ryszardzie Lwie Serce. Plany angielskie rozbiły się o niepokonalną trudność: brak robotnika. Lenistwo Arabów sprzymierzyło się z pierwszymi próbami no cooperation. Jednocześnie fachowcy orzekli, że praca przy budowie szos w Palestynie jest ponad siły białego robotnika, nie mówiąc już o tym, że biały człowiek w kolorowych krajach pracować na szosach nie może. W pierwszym z tych orzeczeń nie było przesady; przyszłe szosy trzeba było wykuwać w górach, na wyżynach dochodzących do tysiąca metrów. W niektóre dnie lata agencja Cooka wstrzymuje wycieczki tymi szlakami: gorąco bijące od rozpalonych skał jest nawet w luksusowym, ocienionym i przewietrzanym autokarze nie do zniesienia. Co jest jednak naprawdę groźne, to zmiany temperatury. Przychodzą zupełnie nagle; zza jakiejś krawędzi skalnej, zza zbocza góry zawieje nagle lodowatym wiatrem, podnoszącym z głębokich dolin strugi zimnego powietrza. Noce są nie chłodne, ale mroźne. Brak wody lub niebezpieczeństwo malarii, na którą jeszcze dziesięć lat temu przypadało 30–60% ogólnej ilości zgonów w Palestynie.
Do budowy szos zaciągali się młodzi Żydzi. Każdy pamięta powątpiewanie, z jakim przyjmowaliśmy wiadomości o pędzie Żydów do pracy na roli. Nie wierzyliśmy ani w ten pęd, ani w ich zdolności do tej pracy. Nie wierzyliśmy, że będą pracowali na roli. Oni zaś tymczasem pracowali na drogach. Nie był to żaden ofiarny gest w stosunku do Wielkiej Brytanii. Przeciwnie, praca na szosach była zagadnieniem politycznym dla syjonizmu. Żydzi docenili najzupełniej „antydrogową” akcję Arabów: niebudowanie szos to obrona Arabów przed powrotem Izraela, to zabezpieczenie sobie możliwości pogromów bez obawy szybkiej i skutecznej odsieczy z miast. Żydzi poszli śladami Rzymu, który zakuwał zdobyte prowincje w łańcuchy bitych gościńców.
Większość szos palestyńskich wykonano w sześć lat. Ten właśnie okres przeszedł do historii Palestyny jako okres kryzysu. Przyczyny jego były różne. Przede wszystkim powojenne zbiednienie środkowowschodniej Europy, połączone z zamknięciem Stanów Zjednoczonych przed emigracją, skierowało w te strony wychodźstwo żydowskie — ale nie syjonistyczne — element pod każdym względem lichy. Jednocześnie bogaci koloniści żydowscy chętniej brali do pracy robotnika arabskiego, jako mniej wymagającego i tańszego. Palestyna ścieśniała w ten sposób imigrację żydowską do warstw zamożnych. W następstwie tych dwóch przyczyn rozpoczęła się w owych latach reemigracja żydostwa. Ale nie to było najgroźniejsze: gorzej, że reemigranci, wracając do krajów diaspory, szerzyli niewiarę w dzieło palestyńskie i jego przyszłość. Idea syjonizmu zachwiała się. Kto żyw walił weń, czym tylko mógł. Walili komuniści i szowiniści, walono w imię Międzynarodówki i w imię narodu.
Palestyny nie widziałem w epoce budowy szos. Ci, którzy je budowali, zeszli w doliny, sadzą wino i pomarańcze. W psychikę człowieka pracującego na szosie trudno mi się może wmyśleć. Ale jeszcze trudniej powstrzymać się od wyrażenia przekonania, tak jak kraj ten znam, że jeśli w owych latach ciężkiego kryzysu idei palestyńskiej potrafiła się ona ostać, zrobiły to szosy, tak jak z drugiej strony nie skwar, zimno i ciężkość pracy były największymi przeszkodami chaluców.