Bo ludzie ci przecież wiedzieli, co się dzieje w dolinie. Wiedzieli, że ucieka z Palestyny element, który znalazł tu „za mało” zysku, a „za dużo” pracy, wiedzieli o spekulatywnych machinacjach kolonistów-bogaczy. Wiedzieli dobrze i o tym, że ruch emigracyjny w diasporze począł się kurczyć, że maleje, że może się w ogóle załamać. Że spośród nich samych, najlepszego elementu osiedleńczego, wyniszcza się coraz to więcej113, z każdym miesiącem pracy, z każdym kilometrem szosy.

Reakcja w takim położeniu mogła być pozornie tylko jedna, taka jak gdy na froncie żołnierz czuje za sobą, w kraju, nieład i defetyzm. Palestyna znała przykład Saint Jean d’Acre114 — ostatniej twierdzy krzyżowców, którą poddali islamowi nie na skutek dwuletnich szturmów, ale gdy przekonali się, że w Europie panuje co do losu Ziemi Świętej rosnąca obojętność.

W roku 1926, kiedy napływ imigracyjny zmalał do minimum, do pracy na szosach stanęły kobiety. Po paru miesiącach liczba ich szła już w setki. Oto była cała reakcja. Ale od tej pory reemigrant, najbardziej defetystycznie usposobiony, opowiadał w krajach diaspory o jeszcze jednej rzeczy w Palestynie — o tych szosach, chalucach, dziewczętach. Na tle ponurego obrazu, jaki roztaczał, na tle beznadziejnej sytuacji, czarniejszej od najczarniejszej doli na Bródnie i Nalewkach, wydźwigiwał się w tym opowiadaniu niezrozumiały inny Żyd. I powoli ten zupełnie niezrozumiały nowy Żyd zaczął swoją postawą, nachylony nad budową dróg, przesłaniać dla nich w Palestynie wszystko, nawet całą jej przeszłość, nawet Mur Płaczu. Obecność tego Żyda w Erec stała się rzeczą aktualnie najważniejszą. Palestyna snów o lepszym życiu przeistaczała się w obraz twardej i ciężkiej aż do bohaterstwa pracy. Ale z tym obrazem wzeszła nad diasporą po raz drugi. Teraz każdy reemigrant, najbardziej zniechęcony i zawiedziony, stawał się, sam nie wiedząc nawet o tym, heroldem sprawy, której był dezerterem. Może nie przestawał zniechęcać do Palestyny jednych, ale jednocześnie werbował do niej innych. Kryzys przełamano.

*

„Tłuc kamienie na szosie” — przyjęło się u nas jako określenie najcięższej możliwej pracy. Ale nie to i nie szczególnie ciężkie warunki były w rzeczywistości przeszkodą największą. Trzeba było mieć ogromnie dużo zapału i po prostu wiary, aby wykuwać szosy z perspektywą, że się je wykuwa, ale dla Anglików, Arabów, turystów amerykańskich, nie dla przyszłego Erec Izrael. Taka myśl musiała ołowiem obciążać ramię za każdym podniesieniem młota, taka myśl musiała, jak bufor, przytłumiać moc każdego uderzenia. Miarowa, wlokąca się praca musiała stawać się jeszcze powolniejsza, jeszcze nieznośniejsza. Stukot tłukących młotów wybijał się wtedy pytaniem: po co? komu? na co?

Gdzieś w tych czasach zjawił się na szosie Tyberiada-Nazaret nowy robotnik. Był to student z Oksfordu, syn Wysokiego Komisarza Wielkiej Brytanii, Żyd z bardzo jedynie luźnych tradycji domowych, Erwin Samuel. Chaluce pokazywali sobie rumianego i nieco rozlanego syna angielskiego „sira”. Powstała uszczypliwa piosenka, mówiąca, że „Erwin, Erwin, szosa to nie sport”, nie [dla] training drive’ów115 i smash’ów116. Dopiero dużo później zdobył sobie Erwin Samuel uznanie chaluców. Dziś zarządza obwodem Nazaretu. Wielka Brytania ma po wszystkich kontynentach wielu gubernatorów, ale historia kolonialna Imperium nie zna takiego wypadku, żeby syn namiestnika króla tłukł kamienie na szosie. Swojej białej administracji w Palestynie Anglia nie pozwala na bywanie w domach tubylców — choćby „tubylcy” wywodzili się z rodów, które chlubią się pochodzeniem od samego Proroka. Anglicy pozwolili jednak synowi namiestnika króla na oczach „kolorowych” poddanych wykuwać szosy i lać asfalt. Ze strony Anglików nie była to ani „polityka”, ani fantazja; ale było to przecież jakby podniesienie w sposób przepisowy dłoni żołnierskiej do daszka mundurowej czapki.

Grożą armaty sowieckie

Na kilka dni przed moim odjazdem do Syrii zdarzył się następujący wypadek: o świcie wyjechałem autobusem do którejś z kolonii. Tel Awiw budził się dopiero ze snu. W autobusie siedzieli sami jadący do pracy robotnicy. Nagle wszyscy skoczyli do okien: oto na pograniczu Jafy i Tel Awiwu, na skręcie ulicy, którą właśnie mijaliśmy, trzech policjantów ściągało z wysokiego telegraficznego słupa przewieszony przezeń transparent. Transparent był czerwony i w tym kraju, gdzie wszystkie niemal napisy są dwu- lub trójjęzyczne, zawierał on napis w jednym tylko języku: arabskim.

To, co mnie uderzyło, to widoczna wrogość, z jaką moi towarzysze robotnicy komentowali ów widok. Niebawem otrzymałem też zupełnie wystarczającą odpowiedź: komunistyczny plakat zawierał wymowne hasło „Precz z imperializmem żydowsko-angielskim”.

*