Jeżeli znajdzie się Żyd-komunista, komunista może nie „polityczny”, polityczny w sensie wysługiwania się ZSRR, ale tylko komunista „ideowy”, tj. człowiek na podstawie swych dociekań przeświadczony o tym, że komunizm stanowi tę zarazem i lepszą, i wyższą przyszłościową formę ustroju świata, i jeżeli ten Żyd-komunista miast emigrować do Rosji lub czekać na rewolucję światową wybierze się do Palestyny żyć w kibucu, to zaraz po przyjeździe otworzy szeroko ze zdumienia oczy: dowie się, że cały ruch socjalistyczny Palestyny, cały ruch kibucowy jest zaciekle zwalczany przez komunizm. Dowie się, że emisariusze ZSRR podniecają tłum arabski przeciw Żydom nie gorzej, niż to czynią najzajadlejsi szowiniści. O ile trudno może uwierzyć, by między wielkim muftim El Hussejnem, wodzem nacjonalizmu arabskiego, a komunistami istniał kontakt, to współpraca ta, przynajmniej de facto, istnieje najwyraźniej między sztabem technicznym, unteroficerami117, jednego i drugich. I bynajmniej prywatni koloniści żydowscy nie są jedynym obiektem ataków komunistycznych, przeciwnie. Właśnie tą formą kolonizacji, którą najbardziej emisariusze komunistyczni atakują, jest forma komunistyczna — kibuce. Właśnie tą, którą atakują najsłabiej, to bogate kolonie prywatne.

Teoretyczny komunista najpierw nie może w to uwierzyć, a gdy wkrótce ma aż nadto dowodów, że tak właśnie jest, wszystko zaczyna mu się mieszać. Jak to? Przecież imigracja żydowska, wnosząc tu kapitał, przyśpieszyła rozwój stosunków socjalnych tego zapóźnionego kraju, przeprowadziła go od feudalizmu do kapitalizmu, a zatem do ustroju, który wedle doktryny Marksa jest ostatnim etapem przed komunizmem! Przecież imigracja żydowska wnosiła tu — przynajmniej w pewnej mierze — i racjonalizm kultury europejskiej, i niechęć do klerykalizmu, tyle znaczącą w takim jak ten kraju. Przecież od niej datuje się tu kwestia robotnicza, przecież ona organizuje proletariat arabski, nawet walczy o jego prawa, szerzy w nim uświadomienie klasowe. Przecież ostatecznie stworzyła tu komuny gospodarcze, które funkcjonują zupełnie dobrze, przecież taki kibuc, sąsiadujący z trzema, czterema nędzarskimi wsiami arabskimi, najlepiej chyba unaocznia wyższość tej formy gospodarki, jest najlepszą jej propagandą. Przecież w historii ruchów rewolucyjnych Europy, komunizmu tym bardziej, udział Żydów był i jest tak wielki, że już to samo powinno — sądzić by można — zapewnić dla ich pracy jeśli nie sympatię, to neutralność. A tymczasem komunizm zwalcza osiedlnictwo118 żydowskie w Palestynie w sposób równie zaciekły co nacjonaliści arabscy, a może jeszcze bardziej metodyczny.

Jak my sobie wystawiamy Rosję sowiecką? Zdaje się, że choćby bezwiednie, ale na nasz o Rosji pogląd wpłynęło zdanie „białej” emigracji rosyjskiej, tych siedzących po Paryżach i Berlinach „bywszych ludzi”, którzy mówią od lat: „Rosja nie istnieje, Rosja, nasza ojczyzna, dzięki splotowi nieszczęsnych wydarzeń, wpadła w ręce międzynarodowej szajki, mafii, która nią owładnęła i od całych lat poświęca wszystkie interesy naszej ojczyzny swoim własnym, międzynarodowym celom”. — Pogląd nasz na Rosję jest bodaj właśnie taki, białogwardziejski119. Rosja jest dla nas narzędziem komunizmu i komunistów w polityce światowej. Rosja przeprowadza tam właśnie te, a nie rosyjskie cele.

Na wschodzie wygląda to zupełnie inaczej.

Tam walka anglo-rosyjska to nie frazes dziennikarski, rekwizyt wiecowy, substrat do kawiarnianych „wróżb wojennych pana radcy”. To rzeczywistość. Wszyscy tam wiedzą, że każde już nie pociągnięcie Afganistanu czy Persji, ale szefów szczepowych nad Eufratem czy koło Medyny dokonuje się pod działaniem tego czy innego z dwóch walczących o panowanie nad największą częścią świata imperiów. Walka angielsko-rosyjska w Europie, interwencja, krucjata antysowiecka — to zdawkowe frazesy. Nasz europejski wielki przemysł to nie żaden wróg piatiletki, to jej usłużny Hoflieferant120. Ale tam, w Azji, jest inaczej. Tam wszyscy wiedzą, że rozgrywka przyjść musi, że obecnie nie jest nawet przerwana, że dokonuje się wciąż, z zamkniętymi kartami tylko. Indie, Persja, Afganistan, wszystkie chanaty i emiraty, wszystkie szczepy aż do najmniejszych, wielkie narody i ludki z nieprawdopodobnego zdarzenia, wszystko to stanowi pionki na szachownicy Kacapa i Johna Bulla, wie o tym — i gra na to. W tej rozgrywce — jak często w długich i zażartych rozgrywkach bywa — zatraciło się niemal wszystko prócz samego instynktu walki. W tej rozgrywce każdy sojusznik jest dobry.

Otóż Sowiety nie mogą liczyć w Azji na żadnego entuzjastę komunizmu. Tam trzeba najpierw ludzi wychować, by mogli hasła komunistyczne w ogóle zrozumieć. Praca nad „rozbudzeniem uświadomienia klasowego” w społeczeństwach, stojących na poziomie naszego XII wieku, jest dla dynamicznego komunizmu Kremla zbyt powolna, zbyt żmudna. Komunizm w Azji ma tylko jedną drogę: pozyskania mas hasłami niekomunistycznymi, ale hasłami zrozumiałymi dla najciemniejszych, najbardziej zacofanych Beduinów i Afganów i hasłami popularnymi. Takimi hasłami są wszystkie hasła nacjonalistyczne, czy raczej antyeuropejskie. Takim sojusznikiem jest wszelki panarabizm, panislamizm, obojętne, że na jego czele stoją nie tylko magnaci, ale i religijni zwierzchnicy. To na razie (na bardzo długie „na razie”) jest dla komunizmu, jako polityki, zagadnieniem dziesięciorzędnym. Zagadnieniem jedynie ważnym jest to, że walczą oni też z Anglią. Poputcziki121. Bodajże rosyjscy eserzy są tym stronnictwem, które oskarża bolszewików, że doszli do władzy dzięki „wykradnięciu” im hasła, którego realizować komunizm nie myślał, ale dzięki rzuceniu którego zjednał sobie całą wieś rosyjską: zagarnięcia ziemi wielkich właścicieli. Może kiedyś nacjonaliści arabscy będą jeszcze, i w sposób równie bezpłodny, oskarżać bolszewików na innej emigracji, że „ukradli” im ich hasła i że tylko dzięki temu zwyciężyli. Na razie ostateczna rozgrywka jest daleka. Na razie są to poputcziki.

Otóż Żydzi, powiedzieliśmy, są obiektem najsilniejszych ataków nacjonalizmu arabskiego, tym silniejszych, że jak dotąd zupełnie bezskutecznych. Założenie żydowskiego home’u w Palestynie, istnienie osadnictwa żydowskiego w tym kraju, przyszły jego rozwój — wszystko to łączy się w umysłach arabskich najściślej z przybyciem Anglików, z okupacją angielską, z pozostaniem Anglików nad Jordanem. Cóż za klasyczny, idealny wprost punkt zaczepienia do agitacji antyangielskiej: sprawa żydowska!

Raz wstąpiwszy na tę drogę, musi komunizm brnąć dalej. Musi zwrócić się przede wszystkim przeciw kolektywnej kolonizacji żydowskiej. Kolektywnej, nie prywatnej. Dlaczego? To bardzo proste. Kolektywna kolonizacja żydowska jest tą formą, której najbardziej nienawidzą Arabowie. Przy kolonizacji prywatnej bardzo często Arab znajduje zatrudnienie na kolonii Żyda, kolonizacja prywatna jest tą formą, która wprowadza do kraju mniej Żydów, a więcej ich kapitału, przy kolonizacji prywatnej rozrodczość jest mniejsza niż w kibucach. Kiedyś łatwiej będzie usunąć żydowskiego farmera niż żydowską wieś. Istnieje dziesięć przyczyn, dla których właśnie ta forma jest i musi być dla nacjonalizmu arabskiego bardziej nienawistna. Komunizm, przyjąwszy ów nacjonalizm muftich i efendich za sprzymierzeńca, za poputczika, uznawszy, że rozbudzenie nacjonalizmu przyśpieszy automatycznie dzień wybuchu konfliktów klasowych, musiał logicznie iść po jego linii i zaszedł aż tam, gdzie ta linia tworzy front przeciw... innemu komunizmowi.

Ale jest to polityka, która u najzagorzalszego czytelnika Marksa, a mniej obeznanego z metodami sowieckiej polityki z lat rewolucji, musi wywołać gwałtowny sprzeciw. Ludzie ci nie zgłębiają metody poputczikostwa, widzą tylko, że w swej walce z Anglią bogoburcze i proletariackie państwo sprzymierza się z klerykałami i kapitalistami, z obozem „czarnej reakcji”. Ludzie ci widzą, że na drodze Sowietów w Azji leży zburzenie Palestyny syjonistycznej, tego kibucu, moszawu, kolonii, gdzie znaleźli schronienie, gdzie są szczęśliwi. Ludzie ci im przychylniej byli ongiś nastrojeni dla ZSRR, tym bardziej stają mu się wrodzy, gdyż prócz upatrywania w nim wroga narodowego widzą w nim jeszcze człowieka, który sprzeniewierzył się swej wielkiej idei, idei, którą sami poniekąd czcili. Ta „wspólna droga” z muftimi i efendimi kompromituje komunizm więcej niż wszystkie wiadomości o sprzeniewierzeniu partyjnych pieniędzy przez małego komunistę w Baranowiczach, Suwałkach. Trzy lata temu wybitny komunista sowiecki, Tatar, poseł na jakimś ze wschodnich dworów, odbył rytualną, przepisową pielgrzymkę mahometańską do Mekki. Nasza prasa żartowała sobie poczciwie z tego bezbożnika, który oto „z modlitwą Araba był w gmachach Kaaba, odwiedzał Proroka Grobowce”, nasza prasa podawała szczególiki o tym, ile to razy czerwony pątnik musiał się kiwać nabożnie, gdzie i kiedy przyklęknął przykładnie. Nas to bawiło. Ale przyznajmy, że o ile nas mało obchodzi, czy komunizm idzie na najśmieszniejsze kompromisy, czy nie, to jednak dla ideowego, choć niekoniecznie jeszcze podporządkowanego ZSRR, komunisty ta wiadomość miła nie była. Otóż na azjatyckim wschodzie takie, podobne, rzeczy przynosi każdy dzień. Metoda współpracy z poputczikiem poszła tam bardzo daleko. Ale zastosowana w tych warunkach przynosi więcej szkody niż pożytku. Dlaczego? Oto gdy poputczików wyszukiwano w ogniu rewolucyjnych walk rosyjskich, to samo tempo zmian uzasadniało konieczność „załamywania linii partyjnej”, to inne zdarzenia pokrywały sobą niebawem wrażenie owych salto mortale. Na Bliskim Wschodzie jest względny spokój i powolne tempo przeobrażeń. Tam śmiały kompromis polityczny nie owocuje od razu, nie wydaje tak szybkich, tak wspaniałych rezultatów, co w Rosji lat 1917–1923. Stąd jest i trudniejszy do obronienia w oczach komunisty.

Rosja oglądana od Europy to Rosja opanowana przez komunizm, Rosja, gdzie interesy rosyjskie są podporządkowane najzupełniej interesom doktryny Marksa. Ale Rosja oglądana od Azji, od Bliskiego Wschodu — to inna Rosja. To kraj, gdzie państwo, maszyna polityczna, państwowa opanowała bez reszty naukę marksistowską, uczyniła z niej narzędzie do swoich celów, narzędzie, którym się zgoła nie krępuje, którego używa obok szeregu innych narzędzi. Dwukrotnie usłyszałem w mej podróży brzemienne w treść porównanie: komunizm — to prawosławie Rosji sowieckiej. Właśnie tu, na Wschodzie tureckim, prawosławie było tyle razy krzewione przez Rosję, szły na to wielkie sumy, miało to cele polityczne... Prawosławie było w dybach moskiewskiego cezaropapizmu, było narzędziem rosyjskiej racji stanu. Ale było niemniej oficjalną, nadrzędną doktryną. Dziś komunizm i w jednym, i w drugim, i w trzecim wypadku zajął miejsce prawosławia. Cel natomiast Rosji w Azji pozostał ten sam: rozbić Anglię. Może zmieniły się wewnętrzne przyczyny tego celu, ale cel jest ten sam i wszystkich to uderza. Nacjonalizm arabski jest tu lepszym jeszcze od komunizmu narzędziem. Teoria wywołania rewolucji narodowej, by ją potem przemienić na klasową, zwyciężyła w całej pełni. Oto wielkie linie problemu. Ale z tych wielkich linii mały Żyd, osadnik, ogarnia, zatrzymuje tylko jedno: że komunizm, Rosja, zwalcza osadnictwo żydowskie w Palestynie. Mniejsza dlaczego; istotnym dlań jest, że zwalcza.