Towarzysz naszej walki o mocarstwową Polskę, Ksawery Pruszyński, wraca z pracy reportażowej w Gdańsku. Stan rzeczy, jaki tam zastał, odmalowuje się w tytule jego książki, pojawiającej się w tych dniach: Sarajewo — 1914, Szanghaj — 1932, Gdańsk — 193...?

Reportaż poniższy jest specjalnie dla „Buntu Młodych” napisaną syntezą.

Sierpień krwią parny

Brązowe koszule hitlerowców i siwe bluzy komunistów. Bo komuniści mają tu swoją bojówkę, swoje mundury, sztab, parady. Bo takim już jest sznyt niemiecki. I to samo Stahlhelm109 i Zakon Młodych Niemiec110, i radykalna secesja hitlerowska Ottona Strassera111. A nad tym triumwirat władzy gdańskiej: Komisarz Generalny Rzplitej, który nie może nic. Prezydent Senatu, Ziehm, który nie chce nic. Wysoki Komisarz Ligi Narodów, który nie widzi nic. Rzecz charakterystyczna: Wysoki Komisarz, hrabia Gravina, żywo interesuje się Szanghajem, bardzo żywo Mandżurią. Och, nie tym Gdańskiem. Jeśli w Szanghaju jest też taki delegat League of Nations, zapewne on z kolei interesuje się... Gdańskiem.

W hotelu „Continental”, hotelu „polskim”, jestem trzy razy wieczorem i za każdym spotykam pokazanego mi dr. Grossa. Dr Gross jest socjalistycznym posłem na sejm Wolnego Miasta. „Continental” nie jest gdańską „Adrią” ani gdańskim Hotelem Europejskim. I Niemców tu niemal nie ma. Cóż więc tak ciągnie dr. Grossa? Ano... dr. Grossa pobito w jednej kawiarni i wytłuczono w jednej restauracji. „Continental” jest zaś hotelem polskim, niejako eksterytorialnym. Więc wysiaduje tu z przyjaciółką, na spokojnej kanapce, pan poseł gdański.

Ścierają się tu bojówki, mają miejsce samosądy. Polacy są lżeni, napadani, bici, pozbawiani pracy. Chodzą, ściszonym ze zgrozy głosem opowiadane, wieści o gwałceniach, jak w Saragossie Popiołów112, jak z inwazją rosyjską. Każdy Polak jest tu zarejestrowany na listach niemieckiego terroru. Gdzie mieszka i gdzie pracuje, czy w rodzinie są kobiety, którędy idzie do pracy i wraca do domu. Terror.

Ale taki sam, nie! gorszy jest wśród samych Niemców. Partie — to wrogie obozy, to walka. To uwertura do rzeczy, na którą się tu czeka, jak na burzę, gdy zbyt jest parno, zbyt duszno... Tu co dzień się czeka. Na co czeka? Wiadomo jedno, że na wybuch. A czy ten wybuch to będzie hitlerowski zamach stanu, czy uliczna wojna domowa, czy przywrócenie ładu przez wojsko polskie — nie wiadomo, nie wiadomo, nie wiadomo. Każdy tydzień kryzysu wzmaga tu bezrobotnych; każde ociąganie się, opóźnianie w Niemczech rewolucji odprowadza do Wolnego Miasta, jak ściek, co gorętsze elementy bezrobotnych, kondotierów dziś czarnej swastyki, jutro czerwonego sztandaru.

Tak, jak jest, może być jeszcze czas jakiś, nie może być długo. Cóż znaczy rzekome chwilowe „odprężenie” z Polską? Dwa świstki papieru o tym, że Wolne Miasto i Rzplita nie będą wzajemnie bojkotować swych towarów. Zbyt długo, zbyt dużo i zbyt wielkie popełniono tu błędy. Zbyt głęboko i dalej w nie się brnie.

Człowiek, co to mówił, mieszka w Gdańsku od 1920 roku. Jest Rosjaninem, był korespondentem prasy petersburskiej w Wiedniu w 1914 roku. Widział w życiu dwa wybuchy rewolucji i jeden wojny światowej. Jakieś dziwaczne Fatum kazało mu asystować tym zdarzeniom. Dziś jest w Gdańsku. Czyżby po raz czwarty — Fatum...?

Mówię o błędzie Gdańska