Niestety, w Wolnym Mieście zbyt świeża była jeszcze pamięć polonizacyjnych roszczeń poprzednich aspiracji społeczeństwa. Wszak nawet umiarkowaniej nacjonalistyczny „Kurier Warszawski” ganił je, opisując drobny wypadek, gdy w restauracji gdańskiej jakiś Polak z Warszawy mówił do obsługi: „No, teraz oddano was Polsce, to się staniecie Polakami”. Tysiące takich faktów, rozdymanych jeszcze przez Berlin, złożyło się na to, że w Gdańsku zapanował pogląd, jakoby ów rzekomy „ostry kurs” miał na celu realizację starych postulatów endeckich, które zrealizowane nie zostały. Pogląd ten wydaje nam się dziś paradoksalny: wszak w latach tych endecja była głównym wrogiem sanacji. Nie należy jednak zapominać, że im dłużej trwały rządy pomajowe, tym więcej do ich szeregów napływało „ludzi nowych”. Niegdyś byli zagorzałymi nacjonalistami. Do przekonań tych dodali obecnie po prostu uznanie dla Piłsudskiego. Toteż rządy pomajowe poczęły z wolna trącić nacjonalizmem, podczas gdy jednocześnie endecja, przeistoczona w Obóz Wielkiej Polski119, złagodziła pozornie swój pierwotny hakatyzm.
Tak niezawodnie opisze przyszły historyk owe lata błędów, lata błądzenia. Od nas zależy, by opis swój kończył tak:
Walki sanacji z wielogłową opozycją przesłoniły ówczesnemu społeczeństwu fakt, że tymczasem dojrzewała kadra ludzi gotujących się świadomie do nadania polskiej polityce innego niż wszystkie dotychczasowe kierunki. Tak zwani mocarstwowcy120 byli ruchem jednocześnie inteligencji pracującej, ludu wiejskiego i proletariatu, ruchem ludzi młodych. Ludzie ci wychodzili z założenia, że ich zadaniem jest przekształcenie Polski w mocarstwo. Drogą ku temu było konsekwentne zbliżanie się w jeden blok przymierzy polityczno-gospodarczych z państwami bałtyckimi i Rumunią, pełne zerwanie z nacjonalizmem w stosunkach wewnętrznopaństwowych, wciągnięcie do współpracy Ukraińców oraz ruch białoruski, solidarystyczna przebudowa gospodarcza. Wszystko to były rzeczy niesłychanie trudne. Starsze pokolenia uważały je za rzeczy nie do rozwiązania. Jeśli je „mocarstwowcy” potrafili rozwiązać, to w pierwszej mierze dlatego, że — może jedyni w ówczesnej Polsce — rozumieli, że rozwiązanie to, mocarstwowość państwa, to conditio sine qua non121 jego bytu. Jeśli je potrafili rozwiązać, to zapewne i dlatego jeszcze, że swych lat uniwersyteckich nie zaprzęgli w służby żadnej z bojówek starych partii politycznych (tak Młodzież Wszechpolska122 dźwigała pałki ku większej chwale endecji, zaś Legion Młodych123 ku jeszcze większej rządów pomajowych), ale obrócili je na mozolne, od podstaw, przestudiowanie tych problemów.
Nic też dziwnego, że ludzie ci doszli później do steru: musieli dojść. Nic też dziwnego, że ująwszy w rękę i sprawy gdańskie, nie musieli dopiero wówczas na gwałt tworzyć koncepcji. Zaraz od początku drogą prasy, radia, przemówień oficjalnych i not umieli ludności gdańskiej wytłumaczyć, że z dawnymi aspiracjami nacjonalistów wzięli ostateczny rozbrat i że jeśli polityka polska dąży stanowczo do politycznego oderwania Gdańska od Berlina, to nie tylko w niczym nie zmierza do „polonizacji” miasta, ale właśnie te jego tradycje kultywować będzie jako część składową spuścizny jagiellońskiej.
Nic nie pomogła też zażarta walka agentur pohitleriańskich, które czuły, że usuwa im się grunt spod nóg. Przy najbliższych wyborach ludność Gdańska głosowała na listę ludzi nie z Królewca nasłanych, ale swoich, interesom swego miasta służących. Odniosła pełne zwycięstwo. Swój obraz znalazło ono w uroczystości tak nam pamiętnej: sprawdziła się w niej, rzucona paradoksem, przepowiednia pewnego publicysty, jeszcze w roku 1932 rzucona: przybyła do Gdańska Głowa Państwa Polskiego, przyjęta na uroczystym posiedzeniu Volkstagu, wygłosiła wielką mowę, nową Charta libertatis124 dla Gdańska będącą. Mowę tę wygłosiła — po niemiecku125.
Pamiętamy też wszyscy zapał onego dnia, gdy po polsku — acz z wieloma błędami — odpowiadał Dostojnemu Gościowi burmistrz Wolnego Miasta. Zapomnieliśmy zresztą tę nieopisaną wściekłość, jaka zapanowała w Berlinie i wśród ostatnich mohikanów tak niegdyś przemożnej endecji. Ani jedni, ani drudzy nie mogli pojąć, dlaczego na wniosek pewnej grupy w Volkstagu, żądającej włączenia Gdańska do Polski, odpowiedziano od nas odmownie. „Jesteśmy i tak zjednoczeni najsilniej, bądźcie miastem wolnym, bądźcie płucem oddechu na morze Rzeczypospolitej”. Toteż Niemcy pogranicza widziały, jak dobrze jest w owej Polsce. Gdański odcinek w dokonanym przez „mocarstwowców” dziele świadczyć też będzie po wieki o tym, że ciasnota horyzontów, jaką grzeszyło pierwsze dziesięciolecie Polski, była jedynie chwilowym przyciszeniem wielkiego geniuszu Narodu.
Historyk, który kiedyś będzie mógł napisać te słowa, spocznie zadumany. Z tą samą zadumą, błogą zadumą siedział przed wiekami pobożny a prawy dziejopis, królewiczów Kazimierzowskich piastun, Jan Długosz. Tak samo na rzeźbiony pult gotycki odłożył on kiedyś swe pióro i myślą odchodził w dal, gdy tymczasem, przesypany miałkim piaskiem, zasychał inkaust ostatnich słów uczonego, kończących opis Wielkiego Dzieła Grunwaldu. Myśl mistrza błądziła wokoło tych, co legli w tym dniu krwi i chwały. Od nas tylko zależy, by myśl Długosza przyszłych czasów mogła, wypisawszy te słowa, ulecieć ku tym pierwszym kadrom Myśli Mocarstwowej, gdzie z dala od tumultów wiecowych sposobili się ludzie jutra.
„Bunt Młodych” 1932, nr 29
„Miasto niegdyś nasze...”
Muszę przyznać się otwarcie, że za ostatniej bytności w Gdańsku nie odwiedziłem Komisariatu Generalnego Rzeczypospolitej Polskiej, że nie byłem w centrali partii hitlerowskiej, że nie zajechałem do Kałdowa, miejsca, gdzie padł już przecież pierwszy strzał126. To znaczy, że nie patrzyłem ani na teraźniejszość, ani na najbliższą przyszłość. Jakby nic nigdy nie zaszło, włóczyłem się po ulicach i uliczkach gdańskich, ulicach i uliczkach starego, dawnego Gdańska. Kościoły o tej porze są czarne i chłodne wilgocią, jak stare lochy latem. W podsieniach domów mieszczańskich utrzymuje się rzeźwość wirydarzy127 klasztornych pod wiosnę. W takie niedzielne popołudnia ulice są bardziej wymarłe niż kiedykolwiek, a skąpe drzewka u przedproży domów na Frauengasse128 jeszcze mniej dają cienia niż zawsze. Ale za to w takim lipcu jak obecny, twardy gotyk najstarszych budowli traci swoją niemiecką kanciastość, twardość średniowiecznej ascezy, pruskość okutego w stal knechta. Ale za to barok pękatych rogów obfitości, toczonych w dębie kolumn schodowych w Dworze Artusa, rozkraczonych ciężko starych szaf i sepetów, pęcznieje jeszcze bardziej, pęka jak dojrzały owoc, wybrzusza się jak szlachcic ze sztychów Chodowieckiego129 i staje się jeszcze bardziej sarmacki, niż był kiedykolwiek. Ale cienkie rąbki złoceń rokokowych na domach przy murach miejskich (ostatnie piękne, co budowano w Gdańsku) stają się w tym słońcu skąpej Północy jeszcze bardziej złociste i jeszcze lżejsze. I poczwórna aleja wspaniałych lip do Oliwy jest o tej porze roku najbardziej zielona listowiem, najbardziej cienista konarami, najgwarniej pszczołami rojna. A nic w świecie nie kojarzy się tak przecież z wyobrażeniem dalekiej Polski kołodzieja Piasta jak ule pasieczne i zapach rozkwitłych lip. I o takiej porze roku Gdańsk jest najbardziej polski. Jak najbardziej niemiecki jest porą zimową i dżdżystą, gdy Wisła wyszarza się ku morzu i wieją północne wiatry, te same co przed wiekami niosły ku nam od bazaltowego Bornholmu czarne korabie wikingów. Latem przychodzi tu zawsze Polska, jak podpływała niegdyś złotym bogactwem komięg130, pszenicą z tylu ziem polskich spławianą do śpichrzy motławskich. Zimą wraca tu zawsze północ, północ normandzka, gotycka i nordycka. Tak nad tym miastem odprawia się misterium ani słowiańskie, ani germańskie, lecz latyńskie: Persefona wraca do Demeter, Persefona Demeter opuszcza.