Poznańskie jest ziemią rdzennie polską, jego niemieckość była całkiem świeżego pochodzenia. Na tym terenie ludność polska i ludność niemiecka nigdy nie współpracowały, zawsze walczyły. Tymczasem Gdańsk jest etnicznie niemiecki, o starych i wielkich tradycjach niemieckich. Te tradycje są zarazem tradycjami współpracy z Polską, współpracy nieraz urywanej, załamywanej, ale zawsze współpracy. „Niemieckość” Poznańskiego i niemieckość Wolnego Miasta — to dwie bardzo różne rzeczy. Rzeczy przez dziesięć lat Polski zapoznawane115 u nas zupełnie. U nas wyobrażano sobie, że to, do czego trzeba by dążyć w Gdańsku, to do spolszczenia miasta. Stąd żal: gdybyśmy byli Gdańsk w 1919 roku wzięli, to byłby dziś polski, jak Bydgoszcz czy Toruń. Otóż Gdańsk i niemieckość Gdańska nie była Bydgoszczą ani Toruniem. Tegośmy sobie nie uświadomili. Polskę, co odzyskała Toruń, stać i na odzyskanie Gdańska. Ale inaczej.
Tego właśnie, że inaczej, nie rozumiał i nie rozumie dotąd w Polsce nikt. Narodowa Demokracja — której minister spraw zagranicznych Seyda116 najelastyczniej w 1924 roku nagiął grzbiet przed hardym, ale na cztery nogi kutym, burmistrzem Sahmem — uważała, że ideał Polski w Gdańsku to polski szyld na straganach i wszędzie język polski. Choćby siłą, ale prędko. A to drażni, to rozdrażniało tylko sytuację. To był lep na całą politykę Berlina: „Polacy dążą do wynarodowienia was”. I przeciętnemu Gdańszczaninowi udało się wmówić, że Polska chce jego i jego dzieci spolszczyć. Więc w Polsce widział wroga.
Co zmieniły „rządy majowe”?
Rządy majowe do problemu gdańskiego podchodziły etapami. Pierwszym była budowa Gdyni, rozbudowa naszych flot. Uniezależnienie. Zaś potem rząd spostrzegł się, że w Gdańsku hece antypolskie nie ustają, mimo gdyńskiego „memento” i mimo starań o dobre stosunki premiera Bartla117. Wówczas zrobiły to, czego nie śmiał dotąd zrobić żaden rząd polski: Gdańsk miał w Traktacie Wersalskim prawo przerabiania swych surowców i półfabrykatów na fabrykaty w Niemczech. Gdańsk miał z tych samych Niemiec prawo sprowadzania bardzo licznych towarów. Jedno i drugie bez cła. Jedno i drugie na własny tylko użytek. Gdańsk bardzo mądrze wykombinował, że ów tzw. obrót uszlachetniający i kontyngenty to może być szczelina w murze celnym między Polską a Niemcami. I przez lata całe Wolne Miasto było kartelem przemytnictwa, tolerowanym przez wszystkie rządy polskie, które wolały, by nie było „krzyku na zagranicę”. Rządy pomajowe odjęły przed kilku laty ów przywilej Gdańskowi. I wówczas rozegrała się walka, która dziś w paroksyzm przechodzi. Gdańszczanie czują, że ich wyniszcza stara wojna z Polską. Gospodarcza kontrofensywa Polski Piłsudskiego ma na celu zlikwidowanie na terenie Wolnego Miasta wszelkich forpoczt Berlina, zacieśnienie więzów współpracy i spokojnych stosunków z państwem polskim. W Gdańsku jednak wobec dawnych aspiracji endeckich sądzi się, że polskie warunki pokoju zawierać będą postulaty szowinistycznej „polonizacji”. A języka ojców nie wyrzekają się kraje tak łatwo.
Więc trwa najgłupsza w świecie walka. W 1914 roku Niemcy wiedziały, że Francja walczy o Alzację i Lotaryngię, a Francja ze swej strony wiedziała, że w Berlinie chcą jej rozbrojenia, paru twierdz i kolonii. W roku 1932 Gdańsk nie wie, czego chce Warszawa, a Warszawa, czemu ku własnej szkodzie tak zaciął się Gdańsk. Rzecz dźwignięta z zastoju przez rządy pomajowe znowu tkwi na martwym punkcie. I grozi — wojna.
Przyjdziemy jako trzeci - Przyjdziemy dokonać
Historyk lat późniejszych napisze: Polska Odrodzona przypuszczała trzykrotne szturmy o pozyskanie Gdańska.
Pierwszy szturm — powie ów historyk — przypuszczono zaraz po 1918 roku, a wykonano go ściśle według planów polskich nacjonalistów, tzn. endeków, stronnictwa, które w walce o polskość ziem zachodnich położyło duże zasługi. Niestety, stronnictwo to, wdrożone do walki jedynie na zachodnim, a nie na wschodnim froncie ziem naszych, nawykło było do identyfikowania granic używalności języka polskiego z granicami polskości i państwa polskiego w ogóle. I dlatego rozumiało, że Gdańsk będzie wówczas tylko polski, gdy w szkołach, urzędach, na ulicach tego starego miasta rozbrzmiewać będzie tylko mowa polska.
Dziś z odległości lat kilkudziesięciu — ciągnąć będzie historyk — trudno się dziwić, że szczerze niemiecka ludność Gdańska rozpętała walkę z Polską, walkę równie nieraz dramatyczną co walka Kartaginy ze Scypionem Afrykańskim118. Chodziło o mowę rodzinną, mowę, którą uszanowało szesnastu królów dawnej Polski i trzysta pięćdziesiąt lat politycznej polskości tego miasta.
Po zamachu stanu w 1926 roku — dalej ma głos ów historyk — rozpoczęło się pewne przesilenie w owym stanie rzeczy. Doszli wówczas do rządów ludzie, którzy w młodości swej walczyli o polskość na wschodnich ziemiach dawnego państwa, na ziemiach, gdzie granice historyczne, polityczne i kulturalne Polski wybiegały bardzo daleko poza granice mowy polskiej. Stąd ludzie ci rozumieli, że również i na zachodzie można — właśnie w Gdańsku — granice polskości przesunąć poza granice językowe, że z faktem mówienia lub niemówienia przez obywatela Rzplitej po polsku nie trzeba raz na zawsze łączyć faktu jego negatywnego do państwa nastawienia. Ale jeszcze bardziej do nowego kursu, jaki wzięły rządy tzw. sanacji, przyczynił się fakt, że jako rządy dyktatorskie były to rządy niezmieniających się za lada tylko fluktuacją kuluarową gabinetów, bardziej zdecydowane, rządy, które zgniótłszy opozycję w kraju rozumiały nie głaskać i nie tolerować dawnymi przywilejami antypolskiego kursu władz gdańskich.