A jednak nie dla wszystkich problem chwili obecnej zamknął się wokoło zagadnienia, jak uchronić swe życie i co można ze swej własności. Vergnolles powtarza bez zrozumienia wielkie słowa o rewolucji proletariackiej: jej sens zwęża mu się w istocie do willi na Paralelo i limuzyny. Podobnie niejeden milicjant, niejedna dziewczyna, niejeden autentyczny rewolucjonista i proletariusz ogarnia całość najbliższej przyszłości. Jest pijany swym wydźwignięciem się ponad całą, zdruzgotaną przezeń, drabinę społeczną, swym zwycięstwem nad oficerami, bankierami i księżmi, kadzeniem mu inteligentów z radia i prasy, buńczucznymi wiadomościami z frontu. Trudno i jemu ogarnąć całość wszystkich dokonań, skutków i następstw tego, co zaszło. Tylko że jeszcze są ludzie w Katalonii, którym jeden samochód i willa nie zakryją całego świata i których głęboka ludzka wiedza, mądrość połączona z wykształceniem, pozwala dojrzeć to, czego nie widzą tamci.

Drugi z kolei mój znajomy należy — na swe nieszczęście — do takich. Jego niewątpliwe ludzkie nieszczęście jest nieszczęściem niejako nieosobistym, oderwanym od tego rodzaju nieszczęść co utrata życia czy majątku, co nawet strata ukochanych osób; unosi się ono w stratosferze przerastającej rozmiary nieszczęść, jakie mogą dotknąć Vergnollesów. Jest to nieszczęście inteligenta-ideowca. Jest to nieszczęście postępowca, socjalisty nawet, i Katalończyka.

Jest to najpierw nieszczęście ideowe Katalończyka wobec tej rewolucji. W pałacu dawnej rady barcelońskiej, weneckiego senatu tej hiszpańskiej królowej mórz, rezyduje nowy rząd kataloński. Jest autonomiczna republika, cel marzeń całych pokoleń Katalończyków. Ale mój przyjaciel wie, że to jest pozór tylko, że majacząca przez wiek w oddali samoistność Katalonii stoczy się teraz do rzędu takich samoistności jak Ukraina czy Gruzja, zamiast wynieść się do rzędu Litwy czy Łotwy100. Kwestia katalońska, która odzywała się tak silnie w ostatnich kilkudziesięciu latach, zamiast rozwiązania doczekała się obecnie przekreślenia. Cóż to była bowiem kwestia katalońska? Silna warstwa mieszczańska i drobnomieszczańska, wyrosła szybciej, niż to się stało w reszcie Hiszpanii, nasiąkłej ideami z Europy, gdy Kastylia broniła się przed nimi zawzięcie — liberalizmem, niechęcią do supremacji wojskowo-szlachecko-klerykalnej, antagonizmem w stosunku do centralistycznej stolicy — oto były jej podstawy. Walka o język w szkole i urzędzie, własna literatura, odgrzebywanie w historii własnych bohaterów narodowych, szukanie w nich antenatów101 walki z Madrytem — to wszystko było tylko nadbudową owego społecznego podglebia. Po rewolucji 20 lipca nadbudowa ta jeszcze istnieje. Jej podstawa społeczna runęła za to w otchłań. Kwestii katalońskiej dziś już nie ma. Nie wie o tym Vergnolles, nie wiedzą milicjanci, może nie wie Companys, pochłonięty walkami dnia. Mój przyjaciel wie o tym dobrze.

Kwestii katalońskiej dziś już nie ma, bo nowoczesne mieszczaństwo, które tę sprawę podjęło i wyniosło, nie zdołało jej zapewnić zwycięstwa w erze liberalizmu, w erze rozkwitu wszelkiego mieszczaństwa, bo obalenie monarchii i autonomia katalońska przyszły jako późny jesienny owoc, owoc drzewa, które przestało już rodzić, zdobycz warstwy, która politycznie odchodzi już w przeszłość. Kwestii katalońskiej nie ma, bo nowa warstwa robotnicza, która nadeszła, właściwie nic o tej sprawie nie wie. Złożyło się na to wiele czynników, ale u ich podłoża stało przede wszystkim uprzemysłowienie Katalonii. Było niezwykle silne. Ludność przemysłowej Barcelony to połowa mieszkańców Katalonii. Taka proporcja sił mówi za siebie. Proletariat robotniczy Barcelony ulegał od lat wpływom anarchosyndykalizmu głoszącego federację całej Hiszpanii, bez specjalnego wyodrębnienia Katalonii. Proletariat ten, jak wiele innych proletariatów, mało okazywał zainteresowania sprawami językowo-narodowościowymi. Wreszcie uległ on niezwykle silnej infiltracji żywiołów z rdzennej Hiszpanii, z Kastylii, z Andaluzji, z Murcji. Czwarta część mieszkańców Katalonii urodziła się poza jej granicami. Walka 20 lipca odbyła się pod sztandarami socjalizmu i komunizmu, anarchizmu i syndykalizmu, trockistów i stalinowców, ale w tej powodzi czerwieni jedno zeszło do roli pustej dekoracji — barwy katalońskie. Jako burżuazyjne zamknięte zostały liczne dzienniki katalońskie, rozbite partie katalońskie, organizacje. Lewica katalońska gra coraz mniejszą rolę w rządzie, gdzie przychodzą ministrowie coraz bardziej czerwoni. Nie dlatego że katalońska, dlatego że nieproletariacka. Ciosy wymierzone w pozycje społeczne podważają zarazem narodowy stan posiadania. Monarchia hiszpańska nigdy nie byłaby w stanie dokonać podobnej unifikacji tego kraju, jakiego dokona tutaj rewolucja proletariacka.

Nie można powiedzieć jeszcze, co przyjdzie, ale jeśli zwycięży rewolucja, nastaną rządy mniej lub więcej podobne do sowieckich, może z większymi wpływami kapitału zagranicznego, może mniej w stylu Rosji, bardziej w stylu Meksyku. Jeśli zwyciężą wojskowi, nadejdzie zapewne okres srogiej reakcji: Queipo de Llano, generał-histrion102, który codziennie wymyśla i złorzeczy przez radio sewilskie, nie mówi o Katalończykach inaczej niż „te psy katalońskie”. Tak czy inaczej, losy kwestii katalońskiej wydają się przesądzone. Odejdzie ona do archiwów historii, tak samo jak warstwa, z której rozkwitem pojawiła się na widowni, ale od której nigdy odłączyć się nie mogła.

Rozwój, rozwój przemysłowy. Jeszcze kilkanaście lat przed wojną przemysł tutejszy nie był skoncentrowany, rozbity na małe warsztaty, licznych przedsiębiorców, nielicznych robotników. Lata wojny i dostaw wojennych unowocześniły go, pomnożyły jego proletariat w setki tysięcy, stworzyły z tego proletariatu wielką klasę społeczną. Ale znowu postulat taniej pracy kazał przedsiębiorcom sięgać po robotnika z ubogiej Kastylii, z podzielonej na płachetki Murcji. Chłop kataloński był oświecony i zamożny, miał dużo gruntu, mało dzieci. Kwestii rolnej w Katalonii nie było. To kwestia rolna minifundiów murcyjskich, latyfundiów andaluzyjkich, podmywała swym tańszym robotnikiem narodowe podstawy katalonizmu. Róże, bracia Róży.

Nie można wtedy właśnie o nich nie myśleć. Cała ta wojna przetoczy się po ich życiach i ciałach. To z nich wyszły zakonnice mordowane po klasztorach, z nich wyszli robotnicy-milicjanci ginący na frontach, z nich żołnierz z „Tertia”, którego rozstrzeliwują rządowi. Milczący i bezimienni, przesuwają się poniżej tego, co się nazywa historią. Nie rozumieją nawet swej roli, nie wiedzą, czego dokonał ich napływ coroczny i ogromny do fabryk Barcelony. Zdziwiliby się, gdyby im powiedzieć, że przesądzili losy jeszcze jednej kwestii narodowościowej w Europie, że zdziałali tu to, czego w Poznańskiem nie dokonał Bismarck103. Nie wiedzieli nawet o istnieniu tego, co unicestwili. A jednak to naprawdę ta masa infrahistoryczna, swym ciśnieniem nędzy i pracy, zwielokrotnionej w miliony, wynosząc na swych barkach uświadomiony proletariat, tworzyła tu historię. To ona dokańcza dzieła unifikacji tego kraju z Hiszpanią, jego kastylizacji. W tym dziele — dziwnym przypadkiem losu — jest kontynuatorem polityki pierwszego Burbona na tronie Hiszpanii: to Filip V104, wnuk Króla-Słońca, miażdżył początki katalońskiego separatyzmu. — Jak niespodziani następcy dokończą dziś, sami o tym nie wiedząc, jego dzieła!

„A wtenczas Don Kiszot...”

Pędzimy szosą do Walencji, między górami z prawej, morzem z lewej strony, wśród skał i sadów oliwnych zamożnej wsi katalońskiej. Ale przed każdym peublo — wsią, miasteczkiem czy miastem — czeka nas, niczym za czasów średniowiecza, zbrojna warta. Tam, gdzie dochowały się resztki baszt miejskich, przypomina to naprawdę dawne wieki. Zwłaszcza że ta warta nie ma najczęściej karabinów: jest to jakieś pospolite ruszenie broni cywilnej wszelkiego rodzaju i wszystkich roczników. Są tu pukawki stróżów nocnych, są angielskie sztucery myśliwskie, są wreszcie fuzje, z których strzelano zapewne do szwoleżerów105 cesarza Napoleona. Wartownikami nie są wojskowi, tym mniej policja, są to miejscowi chłopi, od piętnastoletnich wyrostków do sześćdziesięcioletnich staruchów. Na widok samochodu zrywa się ich kilku z jakiejś ławy i podnosząc broń do góry, zagradza sobą szosę:

Alto!