Nie można, nie można tego oddzielić. Można to było zniszczyć, zniszczono wiele, ale to, co zostało, rzuca dalej swój czar na naród, jeden z najbardziej podatnych wrażeniom sztuki. Nie można oddzielić dzieła sztuki od religii, religii od narodu, który właśnie swą wiarę w sztuce wyraził. Ale wtedy, w takim muzeum, rozumie się ów szał niszczenia, którym był owładnięty tłum hiszpański, szał, którego wszyscy się tu wstydzą, nikt wytłumaczyć nie umie. Jest w Orlątku92 Edmonda Rostanda scena, gdy Metternich tłumaczy księciu Reichstadtu, że to nie krew Cezara odezwała się w jego żyłach, że to nie rysy Korsykanina znaczą w jego twarzy, że to po matce cała przeklęta, niezdolna do czynu przeszłość habsbursko-makabryczna, austriacko-kastylska wzięła w nim górę:

Peux-tu te regarder, la nuit, dams cette glace,

Sans voir, derrière toi, monter toute ta race?

— Vois, c’est Jeanne la Folle, au fond, cette vapeur!

Et ce qui, sous la vitre, arrive, avec lenteur,

C’est la pâleur du roi dans son cercueil de verre!...

I syn Napoleona tłucze, przerażony, lustro, w którym mu pokazano jego nienawistne, a niewątpliwe filiacje93, chce zapomnieć o tym wszystkim, co jest jego przeszłością i zmorą. Ale jest to tylko stłuczenie lustra, i nic więcej. Dalej błąka się blady cień Joanny Szalonej94, dalej ma w oczach trwożne spojrzenie Don Carlosa95. Przeszłość tragedii i degeneracji wlecze się... jego śladem. U stóp niejednego z hiszpańskich portali, niejednego El Greca i niejednego Chrystusa załamał się w ludzie instynkt rewolucji, zupełnego, na wieki wieków zerwania z przeszłością. Cokolwiek by się stało, powlecze się ona teraz jego śladem, spojrzy w oczy, zapadnie w serce. Prędzej czy później wzejdzie nowa ruń wiary, zakrzepłej w tym pięknie ludzkim natchnieniami czasów świętej Teresy i Jana od Krzyża96, zachowanej w tym skrzepnieniu aż po nasze czasy. Najlepszym, najgłębiej czującym, najszersze zakresy świata ogarniającym — objawi się najsamprzód97. Roznieci w nich na nowo tęsknotę do tego poza nami, czego nie obejmą kołchozy, nie wyczerpią wysiłki piatiletek98, podniesienia dobrobytu, radiogłośnik, urlop pracowniczy i ford. Nie wiedzieć nawet kiedy zegnie im kolana i złoży, jak zapomnianym już dziadom, ręce, nie wiedzieć kiedy wyrwie im z piersi okrzyk tęsknoty i podzięki — pacierz codzienny.

Finis Cataloniae?99

W trzy dni po moim przyjeździe do Barcelony oddałem listy polecające do dwóch dygnitarzy: Ventury Gassol, poety, katalońskiego ministra oświecenia i Jaime’a Miravilles, niegdyś wykładowcy w robotniczej szkole technicznej, dziś szefa katalońskich milicji ludowych, zwycięzcy w walkach ulicznych. Poza nader uprzejmym przyjęciem uzyskałem od władz nowy glejt bezpieczeństwa, opatrzony mnogością pieczęci i podpisów. Nazajutrz zgłosiłem zapotrzebowanie na przydzielanie mi i zarekwirowanie dla mych celów zawodowych rzeczy dla dziennikarzy tak oczywiście niezbędnej jak samochód, i ta nader naturalna prośba została przychylnie załatwiona w błyskawicznie krótkim przeciągu czasu — niecałej półgodziny. Maszyna biurokracji rewolucyjnej, powolna i ociężała, gdy chodziło o sprawy paszportowe, wykazała, widocznie nabytą przez praktykę pierwszych tygodni przewrotu, zadziwiającą sprawność. Odchodząc, myślałem tylko, że w tym pięknym kraju łatwiej o cudzy samochód niż o własny paszport.

Muszę zedrzeć jednak maskę i powiedzieć, że ów piękny plan nie wyszedł ode mnie. Obmyślił go po prostu sam właściciel zarekwirowanego samochodu, mój nowy znajomy, ów Vergnolles, którego myśli krążyły ustawicznie wokoło najlepszego sposobu zabezpieczenia swego wozu przed losem wszystkich samochodów hiszpańskich. Vergnolles doszedł do wniosku, że na zarazę „inkautacji” nie ma lepszej ochrony niż nieszkodliwa szczepionka pozornej czy polubownej rekwizycji. Na jego to prośbę udałem się do odnośnych czynników, wymieniłem cel mego przybycia, wskazałem upatrzony już numer samochodu, załatwiłem parę innych szczegółów. Wyszedłem stąd z odpowiednim pismem, a Vergnolles dopełnił reszty operacji, uzyskując zaświadczenie, że jest szoferem przydzielonym do obsługi wozu. Jako szofer uzyskał legitymację zawodową i prawo poruszania się „po całym terytorium antyfaszystowskim”. Oto jak z tępionego burżuja można się stać uprzywilejowanym, obdarzonym zaufaniem proletariuszem, a w dodatku zabezpieczyć sobie swą własność. Za kilka dni przez Walencję i La Manczę ruszamy do Madrytu. Przejedziemy samochodem pół Hiszpanii, ogarniętej ogniem rewolucyjnym jak Ukraina w 1918 roku, przenikniemy przez płonący kraj Don Kichota. Bardzo jest nieprzyjemny ten Vergnolles, ze swoim dość podejrzanej autentyczności „de”, z tymi sposobami na uchronienie samochodu i wykiwanie rewolucji. Ale projektowana wyprawa ma też swoją wymowę, zwłaszcza w takiej chwili, i dlatego kapituluję ostatecznie.