Religia stała się wtedy nie tylko czymś czczym, ale i szkodliwym. Formą, która nie tylko nie posiadała już treści, ale posiadała ją wrogą. Materiał palny był odtąd zebrany do syta. Wystarczyło iskry, żeby padła i żeby swym ogniem spaliła tysiące kościołów Hiszpanii. Wystarczyło strzałów, żeby powiał wiatr, który wydarł ze świątyń i przeniósł do muzeum szczątki i strzępy arcydzieł. Milicjanci patrzą na Chrystusa z krzyża nie tyko jako na swoją własność — przecież należy już teraz do patrimonio del pueblo — ale także jako na swoją zdobycz, swój własny wojenny łup. Po wielu latach, a może po raz pierwszy, na to zdarte z wzniosłości ołtarzy patrzy jako na rzecz i własność, nie jako na Boga i Pana. To czym zasłaniano się przed nimi, ich ojcami i ich klasą, czym zażegnywano tyle wysiłków, tyle podmuchów buntu, zostało rozbrojone z potęgi wierzących mas, armii sutann, pieniądza i aparatu, jest tylko muzealnym eksponatem, nagim, zwleczonym ze wszystkiego, jak ów skazaniec, którego mękę przedstawia. I niewątpliwie po raz pierwszy, tu i teraz właśnie, poczyna do nich wyrazem swej męki przemawiać. Milicjanci milczą „Wspaniałe dzieło, co?” — przerywa kłopotliwe milczenie mój cicerone66. Milicjanci nie odpowiadają mu nic, tak jakby myśleli właśnie o czymś, co się nie mieści w żadnym pojęciu artyzmu i wartości.
Muzea hiszpańskie są czymś zupełnie odrębnym wśród wszystkich muzeów świata, a ich twórcy byli niewątpliwie najlepszymi organizatorami muzeów. Madryckie Prado, dziesięciokrotnie mniejsze od galerii Luwru czy londyńskich, jest skarbcem najpiękniejszych arcydzieł, doborem klejnotów najpierwszego blasku. Muzea sowieckie rządzą się doktrynerstwem, wyliczają, ile korcy67 żyta kosztowała ta a ta monstrancja, jaki jest procent arystokratów, wojskowych, duchownych, a jaki chłopów i robotników wśród świętych wymalowanych w kijowskim soborze Włodzimierza. Już dawno barcelońskie muzeum wyławiało każdą kafelkę68 mozaiki rzymskiej, każdy architraw69, każdą kolumienkę z wirydarzy70 zniszczonych romańskich klasztorów i wszystko to umieszczało z powrotem w ramach, które odtwarzają otoczenie, wmurowywało w sklepienia jak z warownych kościołów, w łuki i absydy71, umieszczało w świetle czy mroku, w blasku świec woskowych czy w brzasku padającym przez małe szybki gotyckie wtapiane w ołów. Jest sala w tym muzeum, gdzie na kolumnach poszczerbionych stuleciami, pozbieranych ze świątyń, po których już dawno nie ma śladu, a pięknych i smukłych, stanęły, pozbierane jak one, Madonny, otulone w swe kamienne fałdy gotyckich szat, z twarzami dzieci i dziewczyn, z uśmiechami matek nad niemowlęciem. Rząd Madonn kamiennych, niesionych na głowicach kapiteli72, idzie ku nam, a dla tych milicjantów, z których każdy przeszedł kurs bezbożniczy, oto przecież dziś tylko jedna postać więcej z owej „szkodliwej legendy”, naiwna historia dziewicy-matki, człowieka-syna-Boga, wątek, który uczeni odnajdą w wielu religiach przeszłości, dla ludzi z ulicy prozaiczne, zgoła nie cudem tłumaczone wydarzenie. Ciśnie się tak na usta uśmiech, który będzie bluźnierczy, i zamiera w połowie drogi.
Z każdej z siedemnastu Madonn gotyckich i romańskich, renesansowych i najprostszych idzie przez salę najprawdziwsze, utajone w spuszczonych oczach, w zgięciu rąk, w fałdach szaty, religijne piękno. To piękno ma w sobie coś, co nakazuje szacunek i co swym irracjonalizmem przerywa wszystkie bezbożnicze tłumaczenia boskiego pochodzenia Chrystusa. Jest coś z tego w Madonnach najstarszych, ociosanych zaledwie z grubsza, gdzie całe piękno kryje się wkoło oczu i ust, w schyleniu głowy, w zamyśleniu czoła. Oto te wszystkie Madonny ustawiono tutaj, dawno przed rewolucją, tylko jako cenne rzeźby, tylko i wyłącznie jako dzieła sztuki, i oto wszystkie one przeczą wyraźnie temu, że są tylko dziełami sztuki, tylko odmienną od antycznej inkarnacją73 kobiecego piękna. Nie można obronić się przed myślą, że były dziełem natchnienia innego niż zachwyt nad pięknem cielesnym, innego niż ten, jaki odczuwał Fidiasz wobec Aspazji74, Canova wobec Pauliny Bonaparte75. Uczono młodych żołnierzy milicji ludowej, że nie ma natchnienia bożego w Piśmie Świętym, w Ewangeliach i Apokalipsie, dziełach, o których uczy kościół, że są z natchnienia Bożego — a teraz zapada w ich dusze myśl, że te pomniki niewiadomych artystów, artystów prostych i małych, których nazwiska zagubiła historia, mogły powstać przecież jedynie jako owoc najgłębszego natchnienia, łaski dającej odczuć niepojęte, uduchowienia pozwalającego oddać niematerialne. W innych salach przejdziemy wkoło porąbanych rzymskich Wenus76, wydobytych z zawalonych świątyń, wkoło odkopanych bogiń o zapomnianych imionach, ujrzymy ślad piękna ludzkiego wyrywający się z potrzaskanych brył marmuru, — ale tylko tutaj, u Madonn zeszłych z ołtarzy świątyń, znajdziemy coś, co jest wizerunkiem nie piękna ludzkiego już, nie rasy i ziemi, ale boskości.
*
Przynoszono tu srebrne, kute w rzeźby płyty z ołtarzy, tryptyki wyrwane z płonących kościołów, odrzwia i części ambon, tabernacula77 i monstrancje. Rzucano to w nieładzie, pomieszane z kapami i stułami, ze srebrami stołowymi i porcelaną, z tandetą i i skarbami, jakich nie ma w naszych klasztorach Północy. W jednym dniu kościół został złupiony ze wszystkich dzieł, jakie poprzez sztukę niosło mu religijne natchnienie całych wieków. Muzeum chroni te resztki — bo niewątpliwie to tylko resztki — których nie pochłonęła rewolucja, których nie rozdrapały chciwe ręce, nie rozdarło i nie rzuciło w ogień zniszczenie. Dlaczego niszczono tak zajadle, z taką wściekłością, z taką pasją?
Nie ma, niestety, żadnej odpowiedzi, która by zadowalała, jest wiele, które wręcz kłamią. Przede wszystkim teza, że kościoły i klasztory były twierdzami, z których strzelano do tłumu. Otóż, jeśli chodzi o Barcelonę, gdzie rewolucja 19 lipca miała przebieg najkrwawszy, oskarżenie wymienia tylko trzy klasztory, przy czym sprawdzalność tego oskarżenia mogłaby jeszcze podlegać dyskusji. Jak wytłumaczyć tutaj spalenie pozostałych trzydziestu dwóch, którym podobnego zarzutu nie wytaczano? Ale i zarzut strzelania z trzech pozostałych jest dosyć złudny. Przede wszystkim głównymi punktami powstania wojskowego wcale nie były kościoły, ale hotel Colón i dwa gmachy wojskowe w porcie. Hotel Colón nie został spalony, choć był centralą gen. Godeda78, choć stąd najgęściej i najcelniej strzelano do ludu, gmachy w porcie nie uległy zniszczeniu. Z domów w mieście, z których strzelano do milicji, również żaden nie został spalony, chyba w walce wręcz. Natomiast kościoły padły prawie wszystkie, z wyjątkiem katedry, pastwą ognia i zniszczenia. Kierownicy powstania, oficerowie i generałowie, zostali uwięzieni, oddani pod sąd. Księży i zakonnic nie sądzono. Zabijano na miejscu.
Można by to wszystko rozszerzyć, można wyjść poza Barcelonę. W Barcelonie byli księża, były zakonnice, którzy zdołali ujść, schronić się i ukryć. Barcelona jest miastem wielkim jak Warszawa. Ale jest jeszcze prowincja, a na prowincji zabito wszystkich księży. W Tarragonie, katalońskim Gnieźnie, pełnym kościołów i klasztorów, urządzano szczególnie krwawą masakrę. Cała wieś hiszpańska, dokąd tylko sięgnęła rewolucja, zastała pozbawiona księży. Step kastylski i naga sierra, skaliste wzgórza, gdzie wszystko widać z daleka, nie są dobrym miejscem ukrycia. Biskupi, z których wielu było właśnie w Rzymie lub korzystając z lata, znajdowało się w San Sebastian, letniej stolicy Hiszpanii, zdołali na ogół ujść. Ale niższy kler jednego z najbardziej katolickich krajów zostali zlikwidowany w tempie gwałtowniejszym niż to uczyniono w Meksyku, znacznie, bez porównania gwałtowniejszym niż to zrobiono w Rosji. W skutkach powstania wojskowego bardziej ucierpiały ołtarze niż koszary. Nawet rewolucjoniści nie twierdzą, że w dn. 19 lipca wszyscy proboszczowie ze wszystkich dzwonnic na wsi strzelali do ludu czy milicji. Wymordowani zostali wszyscy. Pierwszą hekatombą ofiar rewolucji francuskiej byli arystokraci i dworacy, rosyjskiej — właściciele ziemscy. Hiszpańskiej byli księża. Można mówić o rozpolitykowaniu, ale ostatecznie trudno się dziwić, że kler hiszpański mało żywił sympatii do anarchistów czy komunistów, i trudno mieć o to pretensję. Można mówić o rozpuście, która jest tu niesłychanie często stawianym zarzutem, ale jeśli i ten zarzut przyjmiemy na wiarę, wszystko to razem wzięte jeszcze nie uzasadnia masakry. A powiedziałem, że wedle tego, co mi mówili tak wiarogodni ludzie jak Ventura Gassol, kataloński minister oświecenia, jak Miravilles, młody szef milicji Barcelony, zwycięzca w walkach ulicznych, wypadki zbrojnego współdziałania z powstaniem były nieliczne, nie odegrały żadnej roli, a wreszcie zakonnicy jednego z obsadzonych przez wojsko klasztorów mogli zawinić tam akurat tyle, co właściciele zajętego w ten sam sposób, jako baza przyszłych operacji wojennych, hotelu Colón.
A jednak ośmieliłbym się być zdania, że rewolucja ludowa rządziła się trafnym swych interesów instynktem, gdy całą moc swego ciosu skierowała nie przeciw armii, nie przeciw bankierom, nie przeciw młodej Hiszpanii falangistów79, lecz przeciw kościołom i klasztorom. Trafnym instynktem w tym znaczeniu, że uderzyła w to, co było największą siłą moralną stojącą jej na drodze. Wszystko, co było starą Hiszpanią, dawną Hiszpanią, stało kościołem w tym kraju, gdzie królowie porzucali trony, żeby się zamknąć w klasztorze, gdzie budowali swe pałace i klasztory. Nigdzie tak jak na tym pograniczu niebezpieczeństwa muzułmańskiego, feudalizm i duch feudalizmu nie zespolił się z katolicyzmem, nie stworzył z nim razem wielkiej budowy nowoczesnego państwa Karola80 i Filipa81 ze zlepku górskich królestw82. Ale cele, jakie sobie stawiano, rozpoczynając tę budowę, zrealizowano już dawno, przed wiekami. Budowa dalej stała, więzy karności dalej były więzami karności, grand83 nadal był grandem, oficer był nadal rycerzem. Zadanie, jakie wykonać miała cała ta machina, zostało osiągnięte, nowego sobie nie znaleziono. Wysiłek ciążący na masach pozostał wysiłkiem. Żyły dalej w cieniu kościoła i cieniu zamku, chciano, żeby żyły tak samo w cieniu fabryki i sztolni. Siłą, która mogła żądać od ludzi takiego życia, mogła być tylko idea, był nią więc kościół. Kościół hiszpański na przełomie wieków nie znalazł nowych Ximenesów84, którzy by wskazali sobie nowe, współczesne cele i do ich wykonania zaprzęgli cały zapas swych sił, całą moc swej moralnej potęgi. Potrafił wznieść się tylko ku patronowaniu akcji wyborczej Gil-Roblesa85. Tak jak régime monarchistyczny w Hiszpanii sądził, że wykaże swą rację bytu, asfaltując gorliwie szosy. A to jednak, jak na kościół katolicki i jak na dziedziców Karola V, było nieco za mało. Tym, tylko tym, trudno było uzasadnić prawo do władzy i rządu dusz! Ruszywszy w bój, znalazłszy w stanowisku obu wielkich sił Hiszpanii swego wroga, masy rewolucyjnie uderzyły weń najsilniej. Był to trafny instynkt walki, gdy palono najpiękniejsze kościoły, niszczono najpiękniejsze arcydzieła — hołdy, jakie Hiszpania składała kościołowi swym talentem. Było to cofnięcie się i przegrana, gdy tłum stanął przed portalem gotyckim katedry, zatrzymał się przed obrazem El Greca86, przed krucyfiksem średniowiecznym.
Było to cofnięciem się i przegraną, ale było to także momentem, gdy nóż sekcyjny doktryny napotkał na opór najtwardszy. Odtąd musiał kruszyć nie tylko narzędzia, którymi kościół może jeszcze odnieść zwycięstwa, ale musiał ciąć poprzez wszystko najbardziej hiszpańskie, najbardziej własne. Tych krucyfiksów, których realizm jest straszliwy, tych El Greców o nadludzkim wyrazie, tych Madonn poczętych w natchnieniu rzeźbiarza, portali z kamiennych litanii, nie sposób oddzielić od katolicyzmu i nie sposób oddzielić od hiszpańskości. Rozdział kościoła od państwa wobec obrazu Murilla87 lub Zdjęcia z krzyża88, oddzielenie w nim tego, co jest katolickie, od tego, co jest hiszpańskie, możliwe jest tylko przez zniszczenie. Szwy sztuki, głębokie szwy idei, która dawała niesłychane głębie natchnienia, łączą niewzruszenie katolicyzm i hiszpańskość, pomimo milicji ludowych i złych księży, pomimo Queipy de Llano89 i Pasionarii90, niezależnie od tego, kto jutro, a kto za lat sto będzie panem Madrytu. Można by przenieść dzieła kościołów hiszpańskich do Watykanu, do Polski, do Kochinchiny91, ale Chrystusy i Madonny rozniosą tylko po kościołach Rzymu i Krakowa wielkość sztuki hiszpańskiej. Można wszystkie El Greki i Murille osadzić w muzeach bezbożniczych i przyszłe pokolenia, niewiedzące nic o papieżach, spowiedzi, mszy i różańcu, powiedziałyby jeszcze, że żadna religia, żadna idea, nie wyraziła się w sztuce takim przebłyskiem ponadludzkiego piękna.
Pozostawało spalić, pozostawało zniszczyć, i istotnie tłum wiedziony instynktem niszczył tam, gdzie nie chcieliby niszczyć przywódcy, niszczył po to, aby już nigdy ze zgrozy nad tym Chrystusem, z zachwytu nad tą słodką Madonną nie powstały na tej ziemi kościoły i kler, majątki kościelne i feudalizm, przerzucony, jak mumia wyschła, aż w XX wiek. Ale żeby zniszczyć to najgłębsze w salach muzeum Barcelony, miasta czerwonych sztandarów i pomordowanych księży, do milicji ludowych i bojowców barykad, do socjalistów i anarchistów przemawia religia poprzez piękno poczęte z ich krwi, z ducha ich narodu i rasy. Powoli sale muzeum zamieniają się w kościół. Konający Chrystus z Monserratu sam jest dla siebie ołtarzem.