— Co się stało z panami?
Okazuje się, że trochę uciekło, koło czterdziestu wymordowano, trzydziestu siedzi w więzieniu. Pracują pod strażą.
— Kiedy ich zatłuczecie? — pyta Pedro.
— Mamy czas, niech popracują do żniw. Teraz jeszcze potrzebne w polu siły robocze.
Nas uderza inny, interesujący szczegół. Czterdziestu plus trzydziestu i jeszcze kilku... Dużo było tych panów w jednej okolicy! Dopytujemy się o ilość ziemi, jaką posiadali. Okazuje się, że byli to właściciele fink od dwudziestu do dwustu hektarów, że byli wśród nich i poniżej dwudziestu. Pytamy, czy wszyscy powyżej dwudziestu hektarów zostali wymordowani lub wywłaszczeni. Okazuje się, że nie. Chłopi spokojnie tłumaczą, że zabijano wielkich gospodarzy, ale takich, którzy głosowali przeciwko Frontowi Ludowemu. Kryterium była nie tyle sama zamożność, co względna nawet zamożność, ale w połączeniu z przekonaniami politycznymi.
Step zaczyna przegradzać rosnąca przed nami zapora gór — Sierra Morena210. Samochód jedzie drogą zupełnie pustą. Czasami rozbite samochody — jest ich moc211 — znaczą drogę. Moją towarzyszkę zaczyna naraz boleć chory ząb. Jest już popołudniu, jedziemy przez okolice La Caroliny, prawie pustynne. W La Carolinie nie ma dentysty, jedziemy dalej. Znowu w innym pueblo nie ma, szukamy jeszcze. To tylko samochód i świetne szosy pozwalają przesuwać się tak po kraju. Jest wieczór, gdy z naszego szlaku zjeżdżamy na boczną drogę, poprzez wydmy i szyby kopalń rudy ołowianej, opuszczone lub nieczynne od czasu rewolucji, sterczące wśród mieniących się błękitnawo usypowisk. Dobrze zmierzcha, gdy dojeżdżamy do niewielkiego miasta Linares, centrum zagłębia górniczego. Pytamy wartę o lekarza. Wywołuje to zakłopotanie. Będzie trudno o dentystę...
— Jak to, w Linares?
— Tak — mówi milicjant — istotnie. Jak pamiętam, było dwóch. Ale byli to ludzie Gil-Roblesa. Zabiliśmy ich pierwszego dnia.
Szczęściem w Linares był jeszcze jeden dentysta, który widocznie nie był zwolennikiem Gil-Roblesa i pozostał przy życiu, zdobywszy klientelę dwóch swych kolegów-dentystów i bodaj dwóch innych, również straconych, lekarzy. Robił wrażenie mocno wystraszonego i niepewnego. Linares, jak dowiedzieliśmy się później, było lokalnym centrum rewolucji, dzięki wielkiej ilości górników, może zaś jeszcze bardziej dzięki ciężkim warunkom panującym wśród pracujących zagłębia. Nikt nas nie niepokoił. Być może, że podróż samochodem ministerstwa wojny, z eskortą milicji i dokumentami, zapewniła ten spokój, być może, że zawdzięczaliśmy go i temu, że większość górników poszła już na front do Kordoby.
Nazajutrz rano pojechaliśmy dalej, bardziej na zachód, poprzez teren górzysty i pokryty wielkimi gajami oliwnymi, coraz widoczniejszy kraj latyfundiów. Byliśmy o jakie pięćset kilometrów od Madrytu. Nie było już tu jednak tak martwo, jak pod La Caroliną. Mijały nas samochody wojskowe witające nasz podniesieniem ściśniętych pięści. Minęliśmy Bailen, słynne z kapitulacji wojsk Napoleona. Za Bailen dał się słyszeć metaliczny zgłuszony warkot. Modesto zatrzymał maszynę. Duży samolot krążył nad doliną.