— Son ellos o nuestros?212
Samolot zniżył się jeszcze bardziej i leciał nad naszą drogą. Nikt z nas nie mógł sobie odpowiedzieć na niespokojne pytanie Pedra: „nasz” czy nie „nasz”? Ale samolot odpłynął po chwili ku Kordobie. Pedro odetchnął (jak zresztą, po prawdzie, i my) i poinformował z namaszczeniem i ulgą:
— Es un nuestro213.
Sztuka rozpoznawania samolotów może się przydać w Hiszpanii. Pytamy Pedra, jak doszedł do swego wniosku. Było to bardzo proste.
— Gdyby był ich — odpowiada — byłby nas ostrzelał. A jeśli nie strzelał, to nasz.
Przed dwunastą dojeżdżamy do Montoro, skalistego gniazda pod urwiskiem rzeki, siedziby sztabu operacyjnego przeciw powstańczej Kordobie. Jest już coś arabskiego w tym mieście. Przez wąskie uliczki wpadamy na rynek pełen starych domów z herbami u attyk214, z pięknym kościołem. Postaci świętych w portalu są poutrącane: sądząc po reszcie, mogły przedstawiać dużą wartość. Jedziemy do sztabu, zakwaterowanego tuż obok w jakimś prywatnym domu. Wita nas paru oficerów, ubranych nieco jak się da, z widoczną niedbałością dla szlif215 i przepisów. Przychodzi wysoki, przystojny wojskowy, który jak się okazuje, jest znajomym mojej towarzyszki: to deputowany socjalistyczny do kortezów, p. B... Mówi doskonale po francusku, co dla mnie, przebijającego się z trudem przez hiszpański, stanowi ogromne ułatwienie. Jest niezmiernie gościnny i uczynny. Sprawuje tu funkcje komisarza uzgadniającego zarządzenia wojskowych, milicji i władz cywilnych rewolucji. Zaprasza nas na obiad do mesy oficerskiej, ale obiad będzie za godzinę. Po południu zawiezie nas na linie, do El Carpio.
Przez tę godzinę czasu obchodzimy miasto. Burza rewolucji już przeszła, ale ślady jej potoków pozostały widoczne. Przez kilka ulic, którymi idziemy, widać domy, nie to ludzi zamożnych, ale najwidoczniej nieco zamożniejszych, zupełnie splądrowane i okupowane. W kościele bawią się dzieci i pali się ogień na braserze, mosiężnej misie, w której w Hiszpanii utrzymuje się żarzący węgiel z ogniska. Ołtarz i chór, które zresztą nie posiadały wartości artystycznej, są porąbane z jakąś przykrą zaciętością. Pergaminowe arkusze, wyrwane zapewne z mszału, walają się na ziemi. Wrażenie zniszczenia, ponurej, zimnej zaciekłości, jest przygnębiające. Ze szczytu wieży ogarnia się widok daleki, aż pod Kordobę. Z rusztowań dzwonu zwisa wielki czerwony sztandar, i czuwa warta.
Przechodzimy jeszcze kilka ulic, aż nadarza się młody człowiek z milicji ludowej, który zaczyna nas oprowadzać. Jeszcze jeden kościół, ten przynajmniej zamknięty. Młody człowiek opowiada nam bez skrupułów o tym, jak „skończono z księżmi”. Z pięciu trzech zabito. Dwóch nie zabito, nie. Zostali i teraz są bez sutann, normalnie, jak żyć trzeba, pracują w kancelarii miejskiej. Był jeszcze jeden ksiądz: ale ten już na ziemię nie wróci. —
Określenie było zastanawiające, poprosiłem o wytłumaczenie. Milicjant odpowiedział:
— Tu za Montoro zaraz są góry, a w górach, o kilkanaście kilometrów stąd, są trzy wsie trędowate. Tak, jest tu trąd. Jeszcze z dawnych lat. Wsie te są na ziemiach wielkich panów, ukryte w wąwozach. Nikt do nich nie chodzi, nikt z nich nie może wyjść. Raz pastuch się zabłąkał: nie pozwoliliśmy mu już wrócić. Teraz ten ksiądz, na którego miano oko, poszedł w góry. Straże widziały go z daleka, poznały, strzelano. W górach teraz są mgły, ciężko trafić. Ksiądz uciekł do pierwszej z tych wsi. No i dobrze: już po nim. Choćby Gil-Robles wrócił, choćby sam król wrócił, jemu już stamtąd wrócić nie wolno. Takie prawo było i będzie. On już z tamtymi umrze...