Klną dużo gorzej. Nie dowiem się już nigdy, jak jest po hiszpańsku babie lato. Za to wiem, że wielka czarna ważka jest Caproni. Wielka ważka przyleciała z Włoch. To ona dyszy metalicznym warkotem, który nam kazał zbiec w pole, wykryć tę szczelinkę, przywarować. Niebo jest przejrzyste, w polu zebrano, i babie lato się rozwiesza. Gdybym podniósł głowę na lewo, zobaczyłbym Madryt, wielkie bloki, drapacze nieba, wystrzelające z płowego pola na tle tamtej sinej Guadarramy... Guadarrama. Wczoraj znowu byłem tam z Bobem Papworthem. Pracuje dla Agencji Reuter. Szoferzy nie chcieli jechać dalej niż Santa Maria de Alameda, gdzie jest sztab Mangady. Zostawiliśmy ich i poszliśmy pieszo. Chcieliśmy skrócić drogę. Poszliśmy przez wysoki połoninowaty upłaz281. Wysokość Kasprowego, ale mniej strome. Jak się nazywała tamta wieś z pozycjami? Peregrino? Pelegrino? Więceśmy282 szli do tego zupełną pustką, schodząc z góry. To ja zobaczyłem je pierwszy. Upadłem pierwszy. Upadłem na ziemię zaraz, krzyknąłem i podczołgałem się pod kosówkę283. Gdybyż jeszcze kosówka hiszpańska była taka bujna, szeroka, jak nasza! Trzeba było się dobrze kurczyć. A oto znad szczytu upłazu, na wprost nas, tak nisko, jak się czasem spuszczają nad pole, wypadły dwa, trzy olbrzymie ciężkie samoloty. Widać było wszystko. Bob twierdzi, że widział pilotów, ja nie pamiętam. Wielkie ptaki przeleciały nad nami i z hukiem zakręciły. Były tak nisko, że karabin maszynowy ustawiony na upłazie pozmiatałby je chyba. Ale go nie było. Wielkie ptaki poszybowały tu i tam, spenetrowały teren. Czy nas widziały tulących się między kamienie, czy wzgardziły nami? Po chwili spadły nad Pelegrino. Widzieliśmy z góry, jak wieś zamarła, skupiła się, jak żołnierze — cywilnych już tu nie było — rozbiegli się za opłotki. Jeden słup dymu. Drugi. Detonacja. I z daleka — bo Peregrino było jeszcze dość daleko — nikłe, zajadłe ujadanie: karabiny maszynowe. Czy to wieś odwróciła swe cekaemy w niebo i odgania ptaki wojenne, czy to one ściągają owe mrówki skaczące po bruzdach, w granatowych, dobrze widnych284 „mono”? Nowe detonacje. Nowe wysokie, ciężkie od wyrzuconej ziemi, słupy bijące pod niebo. Myśmy wyleźli zza kosówek i oparci o kamienną miedzę, rozgraniczającą pólka pastwisk, patrzymy. Jesteśmy sami w pustych górach. Są płowe, wielkie falowizny Guadarramy, jest za zboczem Santa Maria de Alameda, będzie za tym schyłkiem dolina i Navas del Marque, i „tamci”. Jak na dłoni widzimy nalot bojowy najnowszej wojny. —
*
Film wczorajszy, rolka wrażeń dziś dopiero wywołana, przesuwa się w głowie, gdy tak leżę. Czy myślałem kiedy, że można myśleć tak oderwanie mając pięć — nie, tylko cztery — samoloty myszkujące nad głową? Z głową w bruździe rowu? Jeszcze mnie zeklną, ile razy nią poruszę. Ile to ostrzeliwań, czy przynajmniej nagłych „kryj się” przed takimi nalotami mam już w mojej służbie dziennikarskiej? Liczę je sobie: dochodzi do sześciu. To w ciągu czterech wyjazdów na front podmadrycki. Wielkie czarne ważki, Caproni, drżą metalicznie w powietrzu. Czasami wydałoby się, że to lokomobila huczy na sąsiednim toku. Chce się wyjrzeć ponad tą nudną dziurę, spojrzeć na ów tok. Tymczasem Caproni zatacza łuk, zniża, zniża, zniża. (Swoją drogą, jaki on piękny ze swymi prostymi, równymi liniami; teraz jeszcze taki wyraźny!) Wiemy, po co dołuje. Przez warkot motorów zaczyna się przebijać stukot karabinu maszynowego, którym zmiata pole w ostrych rzutach. Nas czy nie nas? Dowiemy się dopiero później. Dlaczego mogę o tym tak wolno, tak spokojnie myśleć? Czy dlatego, że te strzały, gdy jesteśmy w ukryciu, rozsypani, gdy na pierwszy daleki warkot pokładaliśmy się po rowie, słabo odznaczającym się w tym sfalowanym gruncie, są bardzo mało niebezpieczne? Czy dlatego, że wiemy, iż taki samolot sprawia przede wszystkim efekt moralny na żołnierzu, dużo większy od efektu strzałów puszczonych z dużej wysokości, w szybkim locie i na mało widoczny cel? Nie wiem. Ale istotnie, człowiek się jakoś odrywa. Może to być naprawdę koniec: najryzykowniejsza wyprawa na front kończy się świetnie, najgłupsza, poważnie. Jest jakiś Los, jakiś Przypadek, który rządzi Wielką Przygodą frontu. Za dwa dni minę na skręcie drogi do Aranjuezu szkielet spalonego zupełnie auta: to trzy godziny przed nami dostał się pod ogień takich samych Capronich rozwoziciel gazet na fronty. Nie wysiadł na czas. Jego zwłoki, zwęglone od wybuchu benzyny w motorze, pokłute kulami, odciągnięto na bok, plik niedopalonych „Claridadów” pachnął285 jeszcze poranną farbą drukarską. To tylko traf, że nasza droga na tej szosie nie skrzyżowała się z szlakiem wywiadowczym samolotu. Ale to wystarczało. Traf na froncie to koincydencja Miejsca i Czasu. Te kule przed Illescas, gdyśmy szli na linie odkryte polem, kule, które zarywały się w bruzdy, mogły przecież i w nas trafić. Padały w miejscu, na którym byliśmy pół minuty, ćwierć minuty temu, na którym znaleźliśmy się, nim jeszcze opadł mały wyrzut ziemi. To tylko traf, ale teraz widzimy wielką potęgę trafu. Wiem też, że są miejsca, gdzie ten traf gęstnieje. To miejsca wielkiego ognia, prawdziwej bitwy. Ale bitwa to śmiesznie przestarzałe pojęcie. Czasem jeszcze są bitwy i tutaj. Najczęściej jest długa linia okopów i po drugiej stronie druga długa linia. Czasem na jednym odcinku zagęszcza się ogień karabinowy, wykrusza się nim przeciwnika, gnie się jego oporność moralną, niszczy wypoczynek. Potem rzuca się w to miejsce większe siły i wtedy to jest atak. Powiedzie się lub zawiedzie, linia bojowa wygnie się, złamie lub zostanie ta sama. Krok po kroku zdobywa się ziemię, wzgórze po wzgórzu bierze się Hiszpanię. Myślę teraz, z głową przy ziemi, unieruchomiony nudnie, o tym, kto mi to wyjaśniał tak uproszczenie. To był ten, w Peregrino. Tak. Cobos Sanchez...
— Oiga!
Oiga to znaczy „słuchaj” po hiszpańsku. To do drugiego milicjanta, którego lekkie obuwie, ze sznurowaną, zabawną podeszwą, wjeżdża tuż przed moim nosem w krzak chwastów, ten z babim latem, owiniętym o badyl. Jest mniej przezorny od Pedra. Ale on również kładzie się właśnie jeszcze płaściej o ziemię. Samoloty znowu są nad głowami. Odwracam się na wznak i patrzę; czego one tu ciągle krążą? Znowu widać Guadarramę, sine góry... Dziwnie monotonnie myśli się na takim niemądrym „froncie”. Ostrzela czy nie ostrzela naszego auta na drodze? Stąd nie dojrzę, bo dobry kawał. Szoferzy nie lubią teraz, gdy front zmienia się ciągle, przejeżdżać zbyt blisko. A tamto o froncie opowiadał mi Cobos Sanchez... Tak...
I naraz myślę, że „tamto” było dużo, dużo poważniejsze od tych Caproni myszołowów nad głową. O, niezawodnie poważniejsze. Cobos Sanchez, Cobos Sanchez — myślę długo i boleśnie. Samolot krąży, krąży. Przestaję nań patrzeć w ogóle... Cobos Sanchez... Dlaczego? Jak to się stało, żeś ty?
*
Był to już z wejrzenia najsympatyczniejszy chłopak, jakiego dotąd spotkałem na froncie. Pół-Hiszpan, bo ojciec Francuz z Prowansji, a tylko matka Hiszpanka: po niej ta druga część nazwiska — Sanchez. Ochotnik cudzoziemski poniekąd. Poznałem go właśnie wtedy, w Guadarramie w Peregrino.
Wobec braku piśmiennych w tym bardzo robotniczym oddziale służył za pisarza. Przydzielono go nam do oprowadzenia po pozycjach, jako że ja zaczynałem dopiero mówić po hiszpańsku, a on znał francuski. Tak naturalnie, jak to się dzieje w tej wojnie, byliśmy na ty. Uśmiechał się bardzo jasnym spojrzeniem, mówił o sobie i swoich wesoło i prosto. Jeszcze piękniej mówił o komunizmie, o potrzebie wielkiej przemiany. Poszliśmy na pozycje, ale przedtem siedzieliśmy chwilę w ogrodzie, czekając na obiad pułkowy. Pokazał nam swoje wiersze, które zapewne do literatury nigdy nie przejdą, pokazał fotografię brata, który padł. Mówił o tym tak prosto i jakby łatwo, jak tamten oficer z Montoro. Brat miał piękny staż partyjnej służby i bojowej także. On też, Jose, ma coś za sobą. Na froncie jest już drugi miesiąc, teraz tu się nic nie dzieje wielkiego. Ale przedtem był w Madrycie, w lotnych oddziałach.
— Jak to, rozstrzeliwaliście? — spytała panna Jeziorańska. Ja nie spytałem, bo nie wiedziałem, że to właśnie robiły „lotne oddziały”.