Chłopak uśmiechnął się czarującym, najbardziej niewinnym uśmiechem. Powtarzam, że właśnie to mnie uderzyło: uśmiech był niezmącenie niewinny:

Mais oui, j’ai fusillé! Et comment!286 I jeszcze jak! —

Szare oczy mojej towarzyszki rozszerzały się nagle coraz bardziej. Patrzałem i ja na chłopaka, który nie przestał uśmiechać się i tylko zdziwił się.

— No, więc tak, rozstrzeliwałem, co się patrzycie?

Wołano nas do stołu, aleśmy nie poszli. Ocknęło nas dopiero w chwili, gdy Cobos Sanchez podniósł łyżkę do ust i mówił:

— Czegoście wtedy tak nie rozumieli? Rozstrzeliwałem! —

Było to znowuż powiedziane z taką jasną, niezmąconą prostotą, że nasze wielkie racje pomieszały się jakoś, zaniemówiły. Panna Jeziorańska wydobyła wreszcie jakieś niezgrabne zdanie:

— Za dużo zabijano. Bez sądu. Nie trzeba zabijać.

— Bez sądu? — śmiał się jasno Cobos Sanchez. — Czemu nie jecie? Jedzcie. W Madrycie już tak dobrze nie dostaniecie jak w komendzie. — A pewno że bez sądu! Jeszcze by ich wypuścili, wykpiliby się. Tylko bez sądu! Co by to była za rewolucja, gdyby miała nie zabijać. Bez tego nic byśmy nie zrobili. To trzeba, żeby wszystko zmienić...

Myśmy gubili się zupełnie w tych słowach, którym towarzyszył najspokojniejszy, prawie chłopięcy uśmiech: