— Co zmienić?
Nie rozumieliśmy się już zupełnie.
— Co zmienić? — pytał Cobos Sanchez. — Jak to, co zmienić? Ustrój zmienić. Żeby było dobrze na świecie, żeby było lepiej. Jasne, no?
Nie było nic jasne.
— Jakże można zabijać, zabijać — mówiła, patrząc na chłopca moja towarzyszka. — Ile macie lat, towarzyszu?
— Dziewiętnaście niedługo skończę — pił wolno Cobos. I myśmy jeść zaczęli, powoli, myśląc o czym innym. — Jestem w młodzieży komunistycznej od dwunastego. Mam przeszkolenie, mam staż partyjny. Za dwa lata przejdę do partii.
Wszędzie gdzie indziej tacy sami, mili, jasno patrzący chłopcy cieszą się, że za rok będą już na uniwersytecie. Za rok po maturze. Za rok pójdą do wojska. A Cobos Sanchez nas uspokajał:
— Czekajcie — mówi — myślicie, że męczyłem. Nigdy. Myśmy zawsze humanitarnie. Zobaczycie. Zajedziemy, taki to a taki to, wedle spisu, bierzemy ze sobą do wozu. Opierał się, no to trzeba było inaczej. Jak szedł po dobroci, to nic mu nie było. Brało się go do wozu. — „Gdzie mnie wieziecie?” — „Nic się nie bój — uspokajaliśmy — nic się nie bój! Jedziemy do aresztu, tam cię zbadają, jeśli nie miałeś broni, wypuszczą”. — „Ale przecież nie znaleźliście u mnie broni!” — Bo też istotnie, tacy mieszczanie nigdy nie mieli broni: po co im w mieście broń? Ale to było tak, żeby uspokoić, żeby się nie rzucał. — „No więc — powiadamy — ładnie, żeś nie miał, ale my nie policja, my nie możemy spisać protokołu z tego, jedziemy do urzędu. Potrwa może pół godziny. Trzy kwadranse najwyżej”. I czy państwo uwierzą, zawsze uspokajały typa te trzy kwadranse? Już się nie rzucał. Dopiero jak zobaczył, że za miasto, zaczynał się niepokoić. „Gdzie mnie wieziecie?” Ale wtedy już się stawało i mówiło: „Wysiądź”. On już niespokojny, wysiadał. Wtedy trach, w tył głowy, z rewolweru. À bout portant287, tuż za nim. Ten, co przy nim z lewej strony siedział, już miał brauning288 odbezpieczony w rękawie. Typ dostawał kulę równo w ciemię, nim się zdążył obejrzeć, zakrzyknąć. Oczywiście, że byli tacy, co się znęcali. Różne męty się przyłączyły, czasem pokrzywdzeni odpłacali za swoje. Ale my nigdy. To było zupełnie humanitarnie zrobione. —
Chłopak opowiadał nam spokojnie. Zupełnie jak o partii footballu. Zupełnie jak o meczu. Nie drgnął na najmniejszy moment. Na moment nie stracił pięknej, szlachetnej jasności w twarzy. Na moment się nie powstydził. Ale przede mną, przed moją towarzyszką stawały wszystkie opowieści grozy z nocy madryckich. Cała lista zaczęta nazwiskiem porwanego w nocy pod policyjnym pozorem Calva Sotelo. Jakże różnie patrzymy na świat my i ten chłopiec:
— I zabijaliście kobiety? Kobiety?