A on jakby nieco się stropił. Może że pytała go też kobieta:
— Nie — powiada. — Nam to jakoś się nie trafiło. Inni, owszem, czemużby nie? My, raz jeden, tak zeszło...
— Jak „zeszło”? —
— Ano, mieliśmy brać męża. I wzięliśmy. Rewizja nic. Tak tylko przetrząsało się zawsze na początek. A potem do starego: „Z nami”. Ale on się nie dał. Mówię wam: miarkował. Co prawda, to było już we wrześniu może, a wtedy burżuje nie byli już znowu tacy głupi, wiedzieli, że jak się po nich przyjeżdża autem w nocy, to nie na dancing. No i pewno miał sprawek wiele na sumieniu. Więc nie chciał iść. My siłą i z rewolwerami. On płacze, skamle. A ona dopada. Nie i nie. „Weźcie mnie z nim, weźcie mnie z nim!” My mówimy: „Nie ma rozkazu, mąż wróci tym samym wozem za chwilę. Możecie się nawet nie kłaść z powrotem, obywatelko, i czekać”. Ale ona popatrzyła w oczy i tylko zaraz: „Kłamiecie psy, kłamiecie!” — Psy powiedziała na nas. — My do niej, ale ona woła: „Jak jego macie zabić, to i mnie razem zabijcie!”. My znowu: „Nie ma rozkazu”. I na przedpokój z nim, już na schody. A ona wtedy na tych schodach, cała wściekła: „Zabijcie go, zabijcie, ale pamiętajcie: przyjdzie dzień, że waszą krwią będę kwiaty w ogrodzie podlewać!”. No i co mieliśmy ją tak zostawić? To niech jej tłuste ścierwo się zgnoi! Takich trzeba usuwać. Świat będzie od tego usuwania lepszy, ot. —
Odsunęliśmy wszyscy talerze. Była cisza w jasnym, jesiennym słońcu. Patrzył szczerze, uczciwie i jasno Cobos Sanchez, który zabijał. To, co inni znali przez pryzmat grozy, z relacji rodzin pomordowanych, świadków nocnych porwań z mieszkania, myśmy oglądali teraz przez spokojną opowieść młodego, miłego chłopca. Miły chłopiec. Słów tych proszę nie czytać z ironią. Jestem głęboko przekonany, że dziś jeszcze fotografia tego chłopca mogłaby się śmiać najjaśniejszym uśmiechem młodości z propagandowych fotoreportaży Walencji. Spotkawszy go na ulicy w Polsce, odwrócilibyśmy się za nim, podawszy mu ręce, uśmiechnęlibyśmy się do niego. Opowiadanie nie zmąciło pierwszego wrażenia: podkreśliło je jeszcze. Nie było dla mnie straszne, że tak zabijano. Że zabijano, wiedziałem. Straszne było, że zabijali tacy właśnie, najlepsi, szczerze patrzący chłopcy, nie tylko nie zbrodniarze, nie tylko nie ludzie zwyczajni, ale najpewniej dobrzy, idealiści, najlepsi. Straszne, właściwie najstraszniejsze było to, że istniała siła, która mogła im po tym wszystkim przywrócić tak nieskończenie niezmącony spokój. Prawie niewinność dziecka. Wiekami wysilano się, żeby człowiek był lepszy. Wszystkie moralności zdrenowywały pociąg do występku nawet u najgorszych, pociągniętych lub popychanych ku złemu, a teraz mordowanie stawało się naraz tak naturalne i czyste jak dla jakichś najdzikszych plemion głębokiej Azji. Stanęły jakieś olbrzymie śluzy, które podniosły poziom wód, rozlały go szeroko, zatopiły nimi i wyrównały wszystko, a potem wygładziły się same w błękitną, jeziorną roztocz, pogodną jak spojrzenie tego chłopca. Cobos Sanchez wierzył głęboko, że zło na świecie sprowadza się do tego, że istnieje wadliwy ustrój. Zmienienie złego ustroju było dlań równoznaczne ze zwycięstwem dobra na świecie. Cobos Sanchez zmieniał zły ustrój, ale zapomniał o jednym: że tymczasem człowiek, on sam, setki tysięcy i miliony jemu podobnych, stawali się gorsi, sami o tym nieraz nie wiedząc.
*
Nie ma już samolotów. Możemy wracać z naszej polnej drogi ku głównej szosie na Madryt. Bo walka o Madryt toczy się właściwie w ramionach trzech idących od niego szos. Na Talavera, na Toledo i na Aranjeuz. Illescas, Navalcamero, Valdemoro, potem Getafe, Parlo, Pinto — to będą etapy tych dróg, kolejno zdobywane czy tracone. Przy domku dróżnika stoi ambulans szkocki, ten sam widziany przed godziną, gzi się do nas ta sama czarna i pucata milicjantka, witają niedawni znajomi z postoju. Ich także nie ostrzelały samoloty. A jak długo krążyły? Gdzieś pozostało auto — idziemy do auta. Podjedziemy na inny odcinek frontu. Mija Getafe — zajeżdżamy na obiad w dawnym klasztorze pijarów, lokalu Frente Popular. Pijarzy zostali rozstrzelani. Niepodobna dowiedzieć się ilu. Popołudniu objeżdżamy inne pozycje, wieczorem wracamy do domu. W kawiarni rendez-vous289 dziennikarzy, mówią nam, że futor290, gdzieśmy rano byli, został już zajęty. Uważamy to za plotkę. Byliśmy tam o jedenastej, dwunastej. „No, to zgadza się. Istotnie, o jedenastej, dwunastej pojawił się tam rekonesans lotniczy. O pierwszej w tym kierunku przeprowadzono atak. Linie bojowe były od tego miejsca o cztery kilometry, prawda? Ale opór nie trwał długo”. Nowe wiadomości potwierdzają relację. Wiemy teraz, za czym tak długo myszkował Caproni.
*
Otóż tak jest co dzień, co dzień. Nie ma nigdzie wielkich, zaciekłych walk. Jeździmy do pierwszych linii bojowych, ale prawie nie spotykamy rannych. Może przejdę tę wojnę, nie widząc prawie trupów. Przecież zapędzamy się dobrze na czoło. Jak się to dzieje? Po prostu nigdy jeszcze i z jednym może wyjątkiem nigdy w tej całej wojnie nie byłem na terenie zdobytym na nieprzyjacielu. To zawsze odstępowali albo utrzymywali się na swych pozycjach czerwoni. Plac walki zwykle był w ręku białych. Zagarniali go wraz z trupami, jakie uścielały drogę, wraz z rannymi leżącymi na polu. Widzimy kolejno, jak ufortyfikowane, omotane drutami zasieków pozycje przechodzą do nieprzyjaciela. Codziennie kurczy się zasięg naszych wycieczek. Temu trzy dni dotarliśmy pod Illescas. Dziś byliśmy od niego o osiemnaście kilometrów. Mówiło się o nowym odwrocie.
Co sprawia tę systematyczną codzienną klęskę rewolucji? To nie tylko milicjant w polu jest inny, nie umie się bić, nie umie oprzeć się na równinie. To nie tylko przewaga tamtych jest tak znaczna. Liczebnie ona nawet nie istnieje. Technicznie? O czołgach wspominają nam rzadko. Samoloty? Samolotów jest dużo, ale są i działa przeciwlotnicze, i wreszcie jest mała skuteczność tych samolotów. Co innego zbombardowane miasto, wieś, transport na szosie, co innego żołnierze w polu, zygzakowata kreska okopu. Tylko jest coś innego. Oto i my, i wszyscy inni dziennikarze, na wojnie się nieznający, odczuwają przecież zupełną po tej stronie konfuzję291, zamieszanie, brak władzy, a jednocześnie od strony „tamtej” idą ku nam za każdym razem pchnięcia celowe, wymierzone, zamierzone. Jest jakiś rozum, jakiś plan i jakaś inicjatywa tamtych posunięć. Nie ma jej tutaj. Wraca się wieczorem przez miasto, auto jest zatrzymane jakimś pochodem, wiece i demonstracje, tłumy ludzi młodych, entuzjazm. Wszystko to kipi w mieście, ale wszystko to stygnie o kilka kilometrów stąd, w polu, w okopie.